Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ziemniaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ziemniaki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 czerwca 2014

Kalarepna zapiekanka :)

Lekko i przyjemnie czuję się po obiedzie pełnym warzyw. Przyjemnie jest też przygotowywać zapiekankę, ponieważ nie wymaga wiele uwagi. Zaczynamy od wymycia i obrania warzyw - składniki tej pychotki to właśnie kalarepa, która jest teraz słodka i soczysta niczym owoc, młode ziemniaczki i cukinia. Wszystkie warzywa kroimy mniej więcej na równe plastry i gotujemy na parze aż lekko zmiękną. Ziemniaki możecie ułożyć na samym dnie parowaru, bo one najpóźniej zrobią się miękkie.
Przygotowujemy formy smarując je lekko oliwą z oliwek, układamy warstwy i każdą z nich przyprawiamy. Dzięki firmie Magros smaku nadała czubrica zielona, a ostrości pieprz cayenne. Dodatkowo użyłam świeżych listków tymianku, drobno pokrojonego szczypiorku i mozzarelli. Jeśli macie ochotę na wegetariański obiad, warzywa przykrywacie pokrojoną mozzarellą i zapiekacie. Dla tych, którzy chcą urozmaicić smak i poczuć w nim odrobinę mięsa polecam przed mozzarellą przykryć warzywa przygotowanymi wcześniej na patelni czipsami z boczku. Każdą opcję zapiekamy w 180 stopniach przez około 30 minut. Dla kontrastu kolorystycznego ozdabiamy zapiekankę pokrojonymi pomidorkami. Całość świetnie smakuje z surówką z kiszonej kapusty. Kalarepa nadaje całemu daniu lekkości i słodyczy, która świetnie uzupełnia ostrość przypraw. Aby w pełni cieszyć się smakiem lepiej podawać zapiekankę kiedy lekko ostygnie, poczujecie wtedy wszystkie delikatne i ostrzejsze nuty :)

























czwartek, 23 stycznia 2014

Kopytka z dynią i garścią szpinaku


Jesienią, kiedy na każdym straganie stało stado dyń różnych rozmiarów i kolorów pomysły na ich wykorzystanie wręcz wpychały się do kuchni z każdej strony (również  internetowej) :)
Wykorzystywałam ten dyniowy okres pracowicie. Przeszłam pełne spectrum smaków od słonych przez pikantne do słodkich. Aż nastąpił przesyt dyniowatością. Tymczasem na placu boju, czyli na kuchennym blacie pozostała jeszcze całkiem spora połówka dyni :)
Upiekłam ją, obrałam i schowałam do zamrażalnika.
I wróciła chęć na dynię :) Co prawda została tylko składnikiem niezbyt nachalnym, jednak wspaniale dopasowała się do... kopytek :)
Kopytka to sposób na piękne oprószenie kuchni mąką. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że niektórzy wykonują ugniatanie ciasta schludnie i bez żadnych spadów podłogowych :) U mnie jednak nastąpił mały armagedon. Tak czy inaczej kopytka pyszne są.
Żeby zrobić bałagan w kuchni potrzebujemy około 300 gram upieczonej dyni, 500 gram ugotowanych ziemniaków, trzy kopiaste szklanki mąki (ja użyłam orkiszowej), dwa jajka i sól.
Dobrze przemielone lub rozgniecione ziemniaki i dynię wykładamy na przesianą na stolnicę mąkę, solimy, mieszamy, dodajemy jajka i znów mieszamy tworząc sprężyste ciasto.
W dużym garnku zagotowujemy osoloną wodę. Ciasto dzielimy na dwie części. Część ciasta formujemy w cienki wałek i kroimy nożem na kawałki. Starajmy się operację na obu kawałkach wykonać w miarę szybko, bo ciasto na kopytka im dłużej leży tym bardziej luźne się staje i możemy mieć problem z poradzeniem sobie z jego zmienną konsystencją.
Do wrzącej wody wrzucamy pokrojone kluseczki. Czekamy aż woda ponownie się zagotuje a kopytka wypłyną na powierzchnie. Odczekajmy jeszcze trzy minuty i gotowe. Wyciągamy kopytka łyżką cedzakową, starając się, aby jak najwięcej wody wróciło do garnka. Po chwili jeszcze możemy odlać wodę z talerza i polać kopytka roztopionym masłem.
Ilość jest odpowiednia na cztery porcje, więc u nas starczyło na dwa dni. W związku z tym raz zjedliśmy kopytka z masełkiem i podsmażoną cebulką.
Na drugi dzień wzbogaciłam danie :) Podałam kopytka ze szpinakiem, duszonym na słonym maśle z czosnkiem i garam masalą. Talerz dodatkowo posypałam świeżo mielonym czarnym pieprzem.


środa, 13 listopada 2013

Kotlet warzyw pełen, zatopiony w pomidorowym sosie :)

Brokuł, ziemniaki, kalafior. Trzy składniki wielu różnych dań. Tym razem postanowiłam, że poddam je trochę dłuższej obróbce i zamienię na kotlety.
Na początek do parowaru trafił brokuł. Nie wrzuciłam wszystkich warzyw razem, ponieważ brokuł jest najbardziej delikatny i nie można go zbyt rozgotować. Kiedy brokuł lekko zmięknie, wymieniamy go w parowarze na ziemniaki i kalafior. Proporcje to jeden brokuł, jeden mały kalafior lub pół dużego, około 4 średnie ziemniaki.
Kiedy wszystkie warzywa są już odpowiednio miękkie studzimy je.
Podczas oczekiwania możecie zrobić sos. Może to być sos grzybowy, pieczarkowy, a ja tym razem zrobiłam sos pomidorowy, o mocno ziołowym akcencie. Do sosu potrzebowałam kubek bulionu, jeden kartonik sosu pomidorowego, małą łyżeczkę syropu z agawy, sól, pieprz, zioła prowansalskie i tymianek. Składniki gotujemy w rondelku. Do filiżanki wsypujemy łyżkę skrobi z tapioki i mieszamy ze śmietaną. Dolewamy odrobinę gorącego sosu, mieszamy i całość zawartości filiżanki wlewamy do rondelka z sosem. Zagotowujemy. Odstawiamy.
Kolejny krok to rozbicie warzyw na mniejsze cząstki. Można to zrobić np. drewnianą kulą do ciasta. Do warzyw dodajemy jajko, pęczek koperku, tarty żółty ser, filiżankę ugotowanego ryżu, bułkę tartą w ilości koniecznej do uzyskania konsystencji pozwalającej nam ulepić kotlety. I oczywiście przyprawiamy. To bardzo ważny moment. Użyłam kurkumy, kolendry, pieprzu cayenne, czosnku, soli, czarnego pieprzu, ostrej i słodkiej papryki.
Do smażenia polecam Wam jak zawsze olej kokosowy. Sprawdza się wyjątkowo dobrze, ładnie pachnie i nie pali się na patelni, mimo, że smażenie zajmie nam dłuższą chwilę.
Na patelni rozgrzewamy olej. Łyżką do zupy dozujemy porcję warzyw i formujemy dłońmi w kulkę, którą obtaczamy w bułce tartej, lekko spłaszczamy i układamy na patelni.
Obsmażamy kotleciki z obu stron na złocisty kolor. Podajemy polane sosem.
Polecam Wam ten przepis, chociaż jest odrobinę bardziej pracochłonny niż np. podanie warzyw ugotowanych na parze. Jednak efekt wart jest zachodu.
Kotlecików wychodzi sporo, możecie je zjeść na drugi dzień na zimno, np. na kolację. Dzięki użyciu oleju kokosowego nie jesteście narażeni na nieprzyjemne wrażenia związane z nadmiarem oleju na smażonych daniach. Aby uzyskać bardziej ozdobny wygląd kotlecików,  brokuła nie musicie rozbijać wraz z kalafiorem i ziemniakami, tylko delikatnie rozdzielić go na różyczki i dodać je na końcu, tuż przed smażeniem.





środa, 16 października 2013

Pasta z tofu z pesto i warzywa z parowaru

Czasem nie ma czasu na skomplikowane dania. Nie wybierajcie jednak wtedy gotowca ze sklepu, lub co gorsza fast food. Podpowiem Wam, jak zrobić szybki i smaczny obiad, który dodatkowo jest lekki i zdrowy.
Jedyne, czemu musicie poświęcić odrobinę czasu, to przygotowanie warzyw - obranie ziemniaków i fasolki szparagowej. Dodatkowo dzielimy na mniejsze cząstki kalafior i myjemy wszystkie warzywa. Umyte układamy w parowarze, w którym już wrze woda.
Kostkę wędzonego tofu kroimy bardzo drobno i wrzucamy na odrobinę oleju kokosowego na patelnię. Do podsmażonego tofu dodajemy dwie spore łyżki czerwonego pesto oraz łyżkę serka mascarpone. Mieszamy całość i wykładamy na ugotowane warzywa, które już na talerzu przyprawiamy delikatnie solą, pieprzem i zieloną czubricą.
Obiad jest gotów w kwadrans, a na talerzu otrzymujecie sporą porcję składników odżywczych :)


czwartek, 26 września 2013

Gęsta zupa krem z dyni z kurczakiem

Co prawda całkiem niedawno pisałam już o zupie z dyni i możecie o tym poczytać tutaj, jednak tym razem chcę Wam zaprezentować kompletnie inne podejście do tematu. Po pierwsze - zupę tę zrobicie szybciej i będzie ona bardziej gęsta. Po drugie - dyniowe dania są teraz na topie i warto próbować ich różnych wariacji :)
Do zupy potrzebujecie kilograma upieczonej dyni obranej ze skóry, litr bulionu, podwójną pierś z kurczaka, dużą cebulę, dwa duże ząbki czosnku, pięć średnich ziemniaków i dwie duże marchewki, łyżkę oleju kokosowego, przyprawy i puszkę mleka kokosowego. Dynię możecie upiec wcześniej, ja mam spory zapas od niedzieli. Ziemniaki i marchew obrane i pokrojone gotujemy na parze, aż dobrze zmiękną. Pierś z kurczaka kroimy w dosyć grube paski, a w dużym garnku szklimy na oleju kokosowym posiekaną w kosteczkę cebulę i czosnek. Kiedy staną się przezroczyste wrzucamy pokrojoną pierś i dusimy, aż pierś zetnie się na biało. Przyprawiamy dużą ilością sosu imbirowo-sojowego, dużą łyżką curry, odrobiną kurkumy, galangalu i łyżką garam masali. Kiedy kurczak zmięknie zalewamy go bulionem i gotujemy.
W tym czasie pieczoną dynie i ugotowane warzywa miksujemy w misce na puree. Papkę porcjami umieszczamy w garnku z bulionem dokładnie mieszając. Uważajcie na chlapanie, zupa jest gęsta i podczas gotowania może bulgotać. Kropla gorącej, gęstej zupy jest niebezpieczna.
Kiedy wmieszacie wszystkie warzywa możecie doprawić zupę solą i pieprzem, oraz ostrą papryką. Ja do smaku dosypałam jeszcze suszony tymianek. Do garnka dolewamy puszkę mleka kokosowego i również dokładnie mieszamy. Zagotowujemy całość. Nie wiem, czy zupa krem to odpowiednia nazwa, bo ten krem jest bardzo gęsty i syty, a w środku można znaleźć soczyste kawałki piersi kurczaka. I właśnie ze względu na tę wyjątkową gęstość nie podawałam do obiadu żadnych dodatków. Będziecie syci po jednej porcji, ale niestety nadal będziecie chcieli zjeść kolejne, więc nie jest to danie dla osób na diecie  :)






czwartek, 19 września 2013

Burger z indyka ziołowo-cebulowy

Indyk zdecydowanie jest to ptak, który nakarmi dużą rodzinę :) Kiedy ostatnio kupiłam jeden udziec z indyka, byłam pewna, że przerobię go na kilkanaście klopsików do zupy dyniowej. Kiedy jednak zmieliłam mięso i przełożyłam je do miski, żeby dodać przyprawy, okazało się, że klopsiki i owszem będą, ale do jednej zupy będzie ich za wiele. Wystarczyła połowa mięsa, żeby w zupie pływały gęsto mięsne kulki.
Druga połowa została szybko przerobiona na burgery. Do mięsa, które było już przyprawione mocno ziołami i przyprawami trzeba tylko dodać posiekaną drobną cebulę i uformować kształt płaskich burgerów. Tak przygotowane mięso układamy na mocno rozgrzany grill. Na jego płaskiej części można przypiec ugotowane wcześniej na parze ziemniaki.
Żeby utrzymać prostotę obiadu, proponuję wykorzystać pyszne pomidory - wystarczy pokroić je w ćwiartki, polać tymiankową oliwą i doprawić czubricą i pieprzem. W moich doniczkach ciągle jeszcze dziarsko trzyma się bazylia, która świetnie pasowała do tego dania. Czuć w nim schyłek lata :)



czwartek, 15 sierpnia 2013

Burak na sto dwa

Kiedy szóstego marca, zimowym, mroźnym popołudniem dałam się wreszcie przekonać Głodomorkowi do blogowania, kompletnie nie wiedziałam czy nie skończy się na pierwszym poście.
Nic wtedy jeszcze nie wiedziałam na ten temat, nie wiedziałam, że pisanie, o tym co się wyprawia w kuchni, może wpłynąć na to co się w tej kuchni wyprawia :)
Ale zima przeciągała się niemiłosiernie, gotowanie zawsze było dla mnie pełne ciekawostek i tajemnic, więc właściwie czemu nie.
Nazwę wymyśliliśmy rok temu, w sierpniu, siedząc sobie na balkonie i myśląc o własnym lokalu. Mógłby się tak nazywać: Piąta Pora Roku. Tam moglibyśmy karmić ludzi smakami, które pamiętają z dzieciństwa, za którymi tęsknią, a może pozwalać im poznawać zupełnie nowe smaki, za którymi mogliby tęsknić od teraz. To było nasze marzenie, nadal jest. Pewne jego aspekty można realizować. Można gotować i można się tym dzielić, nie karmiąc ciała, ale karmiąc wyobraźnię i inspirując innych do eksperymentów.
Siebie, jak się okazało również. Pisanie postów prowokuje rozwój umiejętności. Nawet opisując tylko zupy, nie możemy pisać ciągle o jednej zupie. Dzięki pisaniu o gotowaniu, moje gotowanie osiąga kolejne poziomy. To dzięki blogowi zdecydowałam, że jednak spróbuję upiec ciasto. Teraz piekę coś przynajmniej raz w tygodniu :) Zwiększyłam znacznie ilość przypraw i składników, które wykorzystuje w kuchni. Coraz bardziej świadomie robię zakupy, szukając "prawdziwego", nieprzetworzonego jedzenia. Poprzeczka jest coraz wyżej, a mimo to gotowanie staje się coraz prostsze i coraz ciekawsze :)
Ale wracając jeszcze do początku bloga, pierwszy wpis dotyczył buraka. Zupa krem, która idealnie wpasowuje się w zimowe wieczory. Post napisał mi się całkiem szybko, niestety nie miał nawet zdjęcia.
Dziś postanowiłam zamknąć etap początkującego blogera postem numer sto dwa, w którym znajdziecie zdjęcie kremu z buraka, chociaż nie jest to identyczna zupa, jak tamta.
Kupiłam niedawno wodę kokosową. Jej smak bez żadnych dodatków jest dla mnie zbyt mdły. Postanowiłam wykorzystać ten zdrowy płyn jako podstawę zupy. Wody kokosowej miałam litr, do garnka dolałam jeszcze filiżankę zwykłej wody.
Trzy buraki, duży seler, cztery duże ziemniaki i dwie dorodne marchwie obieramy i kroimy w niewielką kostkę. Całość wrzucamy do wody. Doprawiamy sosem imbirowo-sojowym, garam masalą, solą, pieprzem, czarnuszką, czosnkiem i ostrą papryką. Gotujemy warzywa aż zmiękną. Próbujemy co jakiś czas wywaru, bo może się okazać, że wymaga doprawienia. Kiedy warzywa będą wystarczająco miękkie - blendujemy je wraz z wywarem na krem. Lepiej zrobić to dzień wcześniej, lub chociaż klika godzin przed obiadem, bo lepiej smakuje, kiedy zmiksowane warzywa połączą swoje smaki z przyprawami. Do garnka wycisnęłam jeszcze sok z połowy limonki.
Kiedy nalewam zupę do miseczek, dodaję do każdej dużą łyżkę greckiego jogurtu. Podawać można ją z grzankami czosnkowymi.
Jutro ruszamy na urlop, ale już dziś tym postem ruszam w dalszą podróż po gotowaniu. Dziękuję tym, którzy czytają, cieszę się z każdego komentarza. Może czas wzbogacić bloga o dodatkowe elementy około kuchenne i nie tylko kuchenne. Pomysły pojawią się same, oby tylko udało się je uchwycić i zatrzymać na blogu :)


sobota, 27 lipca 2013

Bób po raz pierwszy - czyli zapiekanka z bobem i innym warzywem :)

Nęciły mnie ostatnio woreczki z bobem, które łypały zielonymi ślepiami za każdym razem kiedy robiłam zakupy warzywne. Skusić się, czy się nie skusić, spróbować, czy nie spróbować. To kolejne warzywo, którego nie znam z czasów dzieciństwa, ponieważ moja mama go nie kupowała. Ale już tyle nowości wprowadziłam do kuchni, które są o wiele bardziej egzotyczne, niż te swojskie fasolki, że postanowiłam również i tym razem spróbować.
Po ugotowaniu bobu na parze i obraniu go z łupin spróbowałam. Hmmm, nie dla mnie skubanie bobu z miseczki, zdecydowanie smak muszę czymś przełamać.
Zadanie jest proste - do parowaru wrzucam pokrojone w grubsze plastry ziemniaki, kalafior i fasolkę szparagową. Szykuję naczynie do zapiekania, spryskuje całość oliwą i układam warstwy. Podstawą jest parę cienkich plasterków boczku, na które wykładam ziemniaki, przyprawiam solą i rozkładam parę listków rozmarynu. Okrągłe cząstki kalafiora tnę w grube plastry i układam na ziemniakach, posypuję fasolką szparagową. W blenderze mieszam jogurt naturalny, dwa jajka, połowę kostki fety, łyżkę czerwonego pesto, łyżeczkę kurkumy, duży zmiażdżony ząbek czosnku i listki oregano. Zalewam mieszanką warzywa, rozsypuje na wierzchu bób i leciutko przyprawiam czarnuszką i zieloną czubricą. Na całość dodaję pokrojoną jedną kulkę mozzarelli.
Tak przygotowaną zapiekankę wkładam na 35 minut do piekarnika. Dziesięć minut przed końcem zapiekania odkrywam naczynie, żeby odparować nadmiar płynów.
O ile sam bób mnie nie zachwycił, dodanie go do zapiekanki okazało się bardzo dobrym pomysłem. Z resztą warzyw smak się ładnie zrównoważył, a do tego niewątpliwie zielony bób jest ozdobą.





piątek, 19 lipca 2013

Tofu i czarna panierka :)

Kolejna odsłona tofu. Tym razem zwarte tofu naturalne. Kostkę pokroiłam w plasterki. Do miski wlałam ketjap manis, ostrą oliwę, dosypałam przypraw i zanurzyłam kremowe paseczki.
Minęło pół godziny, podczas którego przesmażyłam plasterki pieczarek na patelni, z czosnkiem, solą i pieprzem.
Na płaski talerz wysypałam czarny i biały sezam oraz odrobinę czarnuszki. Wyjęłam tofu z marynaty, a do pozostałego czarnego sosu wbiłam jajko. Ponownie zanurzyłam paseczki tofu w misce a następnie obtoczyłam każdy kawałek w ziarenkach i wrzuciłam na rozgrzaną patelnię. Kiedy już wszystkie paseczki znalazły się na patelni zalałam całość pozostałą mieszanką marynaty z jajem.
Dzięki doborowi produktów uzyskujemy ciekawy kolorystycznie obiad :)
Do kompletu młode ziemniaczki ugotowane na parze szczodrze posypane koperkiem i wcześniej usmażone pieczarki.
Taki zestaw jest bardzo delikatny, żaden smak nie dominuje, a jednak danie jest bardzo aromatyczne. Tofu w kolorowej panierce może zastąpić  rybę lub kurczaka, więc może skusi też tych, którzy nie bardzo chcą po nie sięgać :)


wtorek, 16 lipca 2013

Leczo z oberżyną :)

Jak się nie ma własnego ogródka, to grillowanie w sezonie jest utrudnione. Nie jest to dla mnie jakaś wielka strata, ale grill domowy od jakiegoś czasu chodził nam po głowie.
Oczywiście sam zakup nie był zaplanowany, po prostu odłożony na kiedyś... A kiedyś musiało nadejść. Grill objawił mi się przy okazji innych zakupów kulinarnych w sklepie internetowym. Urzekł mnie swą urodą i funkcjonalnością, więc postanowiłam go zamówić. W piątek dotarła paczka z kilkoma jeszcze zamówionymi towarami, a grill... Cóż grill dotarł, jest fajny, niestety nie dane nam było go wypróbować. Karton był niekompletny. Brakowało uchwytów. Ach zawód był olbrzymi, bo niby mamy sprzęt, a nawet nie możemy sprawdzić, jak działa dopóki nie wyjaśni się sprawa braków w kartonie. No i jest piątek, sklep już jest nieczynny i zostajemy z wielkim, powtórnie spakowanym kartonem i równie wielkim lub nawet większym żalem.
A na grillowanie już czekają udka z kurczaka i całkiem dorodny bakłażan.
Żeby nie psuć sobie weekendu tym incydentem szybko zmieniamy plany obiadowe. Kurczak jest świeży więc trafia do zamrażarki, a bakłażan czeka do soboty.
W sobotę zamiast na grill trafia do garnka wraz z białą papryką oraz obranym ze skóry świeżym pomidorem. Tym razem leczo jest całkiem inne od poprzedniego. Nie przyprawiam go ostro, bardziej stawiam na intensywność przypraw. Dodaję świeże zioła i całkiem sporą porcję kurkumy, dzięki czemu biała papryka zamienia się w paprykę żółtą :)
Leczo odstało noc i w niedzielę było gotowe do zjedzenia. Podałam je z ziemniakami ugotowanymi na parze.
Do czasu wyjaśnienia temat grillowania jest zawieszony, ale na pewno nie zawieszam działań kuchennych :)




piątek, 21 czerwca 2013

Bigossss w kolorze red :)

Uwielbiam bigos z młodej kapusty, który gotuje moja mama. Nigdy go nie przebiję, bo sam fakt, że to mamusi ręce zrobiły ma wpływ na to, jak bardzo mi on smakuje :) Postanowiłam zrobić własną wersję, zupełnie nie opierając się na oryginale.
Do dużego garnka wrzuciłam dwie łyżki oleju kokosowego, na którym zeszkliłam dwa ząbki czosnku i młodego pora. Na to wrzuciłam młodą kapustę i jedną czerwoną paprykę, pęczek świeżego koperku oraz kostkę wędzonego tofu. Wszystko dosyć drobno pokrojone.
Całość przyprawiłam kuminem, solą, pieprzem i liściem laurowym.
Kiedy wszystko się poddusiło dodałam czerwonego pesto oraz koncentrat pomidorowy i dosłodziłam syropem z agawy.
Taki bigosik odstał noc i na drugi dzień zjedliśmy go z młodymi ziemniaczkami.
Mama nie musi się martwić o konkurencję, bo to całkiem inne smaki, ale muszę przyznać, że udało się pobigosić :)






niedziela, 16 czerwca 2013

Zapiekanka "nie wykwintna" ;)

Dziś postanowiłam zakończyć tydzień porządkami w lodówce. Zazwyczaj w niedzielę gotuję coś wyjątkowego, tym razem też się udało, ale do wykwintnych tej zapiekanki nie zaliczę. Chociażby ze względu na niedowierzanie Głodomorka, kiedy dowiedział się, że w zapiekance będzie kapusta :)
Jak więc zabrać się za zapiekankę? Do parowaru wrzucam ćwiartkę młodej kapustki i dwa młodziutkie pory. Gotuję je 5 minut i zastępuję je młodymi ziemniakami i marchwią.
W tym czasie obcinam całkiem pokaźny bukiecik ziół i tnę je drobno. Przyjemność niesamowita - aromat ziół rozchodzi się po kuchni.
Do lekko wysmarowanego oliwą naczynia żaroodpornego zaczynam wykładać warstwy zapiekanki - pierwsze trafiają ziemniaczki i marchew, posypuję warstwę ziołami. Na nie wykładam poszatkowaną kapustkę i pory. Przykrywam warzywa odrobiną pokruszonej fety, posypuję papryką i czosnkiem. Teraz pora na bardzo cienko pokrojoną kiełbasę, której naprawdę dajemy odrobinę, tylko dla dodatkowego aromatu.
Całość zalewamy beszamelem i rozkładamy jedną, pokrojoną w plastry mozzarellę. Posypujemy papryką, czarnuszką i pieprzem i zakrywamy. Naczynie wkładamy do rozgrzanego piekarnika na około 25 minut. Zapiekanka najlepiej smakuje kiedy nie jest już gorąca, dlatego ja wstawiłam ją trochę wcześniej, żeby dać jej czas nabrać aromatu i smaków.
Z czerwonym winem smakowała wyśmienicie i w sumie, dość wykwintnie :)
Obraz poniżej jest mało wykwintny, bo przypomniałam sobie o konieczności zrobienia zdjęcia po konsumpcji :)




środa, 12 czerwca 2013

Słodkie piekło :)

Batat, patat, słodki ziemniak, wilec ziemniaczany - to moje drugie podejście do tego warzywa. Dopiero drugie, bo jego smak w jakiś dziwny sposób kojarzy mi się z bobofrutami wystanymi przez mamę w kolejkach w tych ciężkich, topornych czasach :) Bobofruty bardzo lubiłam, tylko one mi się kojarzyły tylko i wyłącznie z owocami. A tu taki niby ziemniaczek, kolorek taki podejrzany, smak jeszcze bardziej, nie do końca jestem przekonana. Ale przekora każe próbować. I pomysł zacny w głowie się narodził. Cóż więc robić, czas się zabierać za zapiekanką.
Udka z kurczaka drobno pokrojone marynuję w soku z limonki, kolendrze, chili, czosnku, soli i pieprzu. Batata obieram. Dołącza do niego kilka ziemniaków klasycznych :) dwie duże marchewki i dwa młodziutkie pory. Korzenie kroję w plasterki, marchew w poprzeczne. Układam plastry w parowarze i gotuję pięć minut.
Na patelni na oleju kokosowym szklę pora posiekanego w cieniutkie plasterki, dorzucam do niego zamarynowane udka. Na końcu dodaję koncentrat pomidorowy i dosładzam syropem z agawy.
Piekarnik się już nagrzewa, a ja spryskuje oliwą naczynie żaroodporne i rozkładam jak puzzle elementy zapiekanki :)
Pierwsza warstwa to bataty, które dodatkowo posypuję odrobiną soli i tymianku, na to pierwsza warstwa udek i ziemniaki, które też delikatnie posypuję solą i dodaję szczodrze tymianek. Kolejna warstwa mięsa i wieńczę dzieło prostokątami marchwi. Marchewka uwielbia czosnek, więc doprawiam ją czosnkiem i trochę dla ozdoby, a bardziej dla aromatu układam w centralnym punkcie gałązkę rozmarynu.
Żeby całość nie była za sucha, polewam wszystko delikatnie ostrą oliwą.
Zapiekanka w piekarniku spędziła tylko 25 minut. Porcje na talerzach posypałam czarnuszką i czarnym pieprzem.
O mizerii jak zawsze, nie muszę nawet wspominać :)





środa, 5 czerwca 2013

Szparagi incognito :)

Sezon na szparagi pomału dobiega końca. U nas w domu sezon na szparagi zielone skończył się jakiś czas temu, wraz ze zdecydowanym komentarzem Głodomorka, że on już nie może na nie patrzeć :)
Ale skoro wspominał to przy okazji kolejnego pęczka zielonych szparagów stojącego w kuchni, to pomyślałam, że przecież są jeszcze białe :)
Wczoraj kupiłam pęczek białych szparagów i przemyciłam je na obiad w zupie krem. Udało się, nie było żadnych reklamacji, garnek szybki pokazał dno :)
A jak się zabrać za taką zupę? Najlepiej mieć pod ręką gotowy bulion, ja akurat miałam. Obieramy szparagi  i ziemniaki, kroimy w kosteczkę i wrzucamy do bulionu.
Zależnie od tego jaki chcemy osiągnąć efekt musimy wybrać przyprawy. Mi zależało na tym, żeby zupa była ostra, a jednocześnie nie straciła smaku szparagów. W związku z tym dodałam pół łyżeczki sambala, na patelni podsmażyłam odrobinę drobno pokrojonego boczku, a zamiast śmietany dodałam śmietankę chrzanową. Całość zmiksowałam blenderem.
Miskę z zupą posypałam przygotowanymi na patelni po boczku grzankami z chleba razowego.
Całość posypałam świeżo mielonym czarnym pieprzem.
W takich proporcjach wszystkie smaki nawzajem się uzupełniły.
Cieszę się, że zdążyłam jeszcze raz wprowadzić do kuchni szparagi przed zakończeniem sezonu :)




sobota, 1 czerwca 2013

Sznycel dla Mięsożercy ;)

Mięso z indyka to świetny wybór dla kogoś, kto jak ja, nie je wołowiny ani wieprzowiny, a ma w domu Mięsożercę, który co jakiś czas domaga się możliwości zatopienia kłów w kawałku mięsiwa :)
Pierś z indyka daje nam pole do popisu. Tym razem przygotowałam sznycle. Smażyłam je na suchej patelni, więc efekt końcowy przypomina grillowanie.
Żeby indyk był soczysty najlepiej aby sznycle nie były zbyt cienkie i trzeba je smażyć dosyć szybko w wysokiej temperaturze. Nie marynowałam ich wcześniej, lekko doprawiłam a na patelnię dorzuciłam parę listków świeżego tymianku.
W tym czasie w parowarze gotowały się ziemniaki, które ugotowane trafiły na chwilę do lekkiego skarmelizowania na patelnię z ketjap manisem i odrobiną soli.
Do kawałka mięsa fajnie jest zjeść coś zielonego. Surówka była mocno zielona przede wszystkim dzięki dużej ilości natki pietruszki, ale kolorystycznie pasował również zielony groszek i mieszanka różnych sałat. Akcentem kolorystycznym były pomidory i kiełki rzodkiewki oraz rzodkiewka w dorosłym wydaniu :)
Sznycle rewelacyjnie sprawdziły by się również na grilla, niestety pogoda jest mocno nieprzewidywalna, zaskakując następującymi po sobie odsłonami słońca i ulewy. Mam nadzieję, że uda nam się w tym sezonie grill i będzie okazja przyrządzić sznycle z indyka na łonie natury.





sobota, 18 maja 2013

Tofu, botwina i trochę wina :)

Tak właśnie szybko i przyjemnie załatwiłam sprawę piątkowego obiadu.
Zazwyczaj w piątki robię coś szybkiego i nieskomplikowanego, większe gotowanie zostawiam na weekend.
Tym razem postanowiłam wykorzystać botwinę, której jemy bardzo niewiele. Wydaje mi się, że średnio raz w roku. Dlatego tym razem postanowiłam zrobić ją nie jako zupę, ale podobnie jak szpinak - na patelni.
Najpierw na olej kokosowy trafiły posiekane w płatki ząbki czosnku, potem botwinka. Ponieważ miałam jeszcze jakieś niewykorzystane wcześniej warzywa, nastawiłam parowar z ziemniakami, młodymi marchewkami i szparagami. Marchewka prosto z parowaru trafiła na patelnię do botwiny. W roli mięsa wystąpiło tofu wędzone pokrojone w paski.
Jedną z zalet tego obiadu, która jak dla mnie jest bardzo istotna, jest jego wygląd. Kolory warzyw pięknie komponują się ze sobą. Najładniej wygląda mocny orange marchewki pomiędzy botwinką.
Zresztą zobaczcie sami :)







czwartek, 2 maja 2013

Placek węgierski, polski, zbójnicki :)

Stworzyłam w telefonie notatkę, którą uzupełniam zawsze, kiedy wpadnie mi do głowy, co mogłabym ugotować. Zaczęłam te pomysły zapisywać, bo w natłoku codziennych spraw nie bardzo mam czas wymyślać menu i niektóre pomysły umykają mej pamięci.
Jakiś miesiąc temu dopisałam do listy placek węgierski. We wtorek przyszedł czas na realizację.
Ciekawiło mnie skąd ta nazwa i, jak w przypadku już kilku innych potraw, okazało się, że nazwa nie ma wiele wspólnego z pochodzeniem potrawy. A więc mamy na tapecie pierogi ruskie, rybę po grecku i kolejny przejaw wesołego nazewnictwa - placek po węgiersku. Jest to, jak się okazuje, potrawa polska. Bazą są zwykłe placki ziemniaczane. Nasze, pyszne, swojskie, tylko w wersji XXL :)
Przystąpiłam do realizacji. Postanowiłam nadać im ton bardziej wiosenny i idąc torem ostatnich dodatków do omletów, również do startych ziemniaków dodałam oprócz klasycznie dodawanej cebuli, drobno posiekany pęczek szczypiorku.
Sos powstał z leczo z białej papryki, pokrojonych w plastry ogórków kiszonych i zamarynowanych dzień wcześniej udek z kurczaka.
Zamiast uwieńczenia talerza plamą jogurtu naturalnego, nasze talerze uwieńczyła, czego można się przecież było spodziewać, mizeria :)
Polecam pieczenie placków na dobrze rozgrzanej teflonowej patelni, tak aby uniknąć nadmiaru tłuszczu, który mnie najczęściej odstrasza od placków ziemniaczanych w ogóle.
Trzeba przyznać, że gotowanie to jedno z najbardziej demokratycznych działań. W kuchni mieszają się wpływy różnych kultur, powstają mieszanki wielonarodowe, których przykładów poza kuchnią trudno byłoby wiele znaleźć.
Głód może dopaść każdego, skromna kanapka może być najwykwintniejszym daniem, a cena produktu, często zależy od miejsca, w którym go kupujemy :)
Polecam poszukiwania kulinarne, bo co prawda placek węgierski trudno znaleźć poza Polską, ale przy okazji poszukiwania miejsca pochodzenia danej potrawy, możecie odnaleźć nieoczekiwane smaki z kraju, z którego ona wcale nie pochodzi :)



sobota, 27 kwietnia 2013

Marchewką, czy kijem -coś pysznego dla ukochanego

Czwartki, jak twierdzą naukowcy, są najgorszymi dniami tygodnia. Dlaczego? Bo od poprzedniego weekendu minęło już sporo czasu, do następnego niby blisko, ale jednak jeszcze trochę nas dzieli. A energii starcza tylko do środy.
Właściwie w taki dzień można by odpuścić sobie wszystko, wrócić z pracy i udawać, że nas nie ma :)
Na obiad może być coś od wczoraj, albo niestety - jakiś gotowiec.
Taki plan był również w poprzedni czwartek. Jednak zdecydowałam, że na powrót do domu zmęczonego Głodomorka zrobię coś specjalnego.
Od razu poczułam przypływ energii. Szybka myślówka i już zabieram się do robienia zupy :)
Żurek z klopsikami z surowej białej kiełbasy i jajkiem na twardo - wersja zgodna z ulubioną przez Głodomorka :)
Jedynym odstępstwem było oregano w miejsce majeranku. No cóż, nie ma ideałów, a ja nigdy nie gotuję zgodnie z utartym schematem, więc coś musiało wyróżniać mój żurek.
Opcja z oregano została zaakceptowana w stu procentach, zjedzona w stu procentach i uwieńczona uśmiechem.
Czwartek nie musi być najgorszym dniem :)



niedziela, 24 marca 2013

Kolory wiosny

Za oknem nadal minusy, zatem znów na przekór pogodzie coś wiosennego.
Kolorowy talerz pełen warzyw. Całość ugotowana na parze, a następnie wrzucona na patelnię na odrobinę masła. Zapewniam Was, że taki zestaw przyprawiony dobrze ziołami oraz naturalnym jogurtem nie tylko poprawi nastrój swoim wyglądem, ale również zawróci w głowie swoim smakiem tak, że nikt nawet nie zauważy, że obiad był całkowicie bezmięsny :)




wtorek, 12 marca 2013

Chrzanić klopsika :)

Od wielu lat nie jestem fanką mięsa. Zdarzały mi się okresy całkowicie bezmięsne, lub urozmaicane rybą w każdej postaci. Jednak posiadanie mięsożercy w domu zobowiązuje do pewnych ustępstw. Szczególnie, że mięsożerca ryb nie rusza nawet kijkiem :)
Kompromis kuchenny polega na wykluczeniu z diety mięsa czerwonego, wieprzowiny i wołowiny. Jemy drób, głównie indyka.
Wczoraj świeżo zmielony udziec z indyka przerobiłam na klopsiki. Oczywiście gotowane na parze. Aby zachowały ładny wygląd warto wyłożyć sito parowaru papierem do gotowania i dopiero na nim układać mięsne kulki. Jako dodatek do klopsików pasują ziemniaki i fasolka szparagowa, również ugotowane na parze. Gotowe warzywa przyrumieniam przez chwilę na maśle. Zamiast soli sprawdzi się odrobina sosu sojowego, np słodkiego Ketjap Manis.
Klopsiki z indyka gotowane na parze są bardzo delikatne. Przyozdobiłam więc talerz małą porcją chrzanu śmietankowego, który ładnie komponuje się z wszystkimi smakami.
Nie wiem tylko, czy zostały docenione walory smakowe obiadu, skoro został on połknięty na trzy kęsy. Polecam gotowanie małych klopsików, żeby łakomczuchy nie miały problemu z zapchaną buzią :)