Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ryż. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 maja 2014

Majowe grillowanie - bakłażan i kurczak z pesto


Mimo, że bohaterem posta miało być grillowanie, pesto skradło całkowicie uwagę. Dzieje się tak, gdy spróbuję czegoś co okazuje się niewiarygodnie wprost pyszne. Dotąd kupowałam pesto i to okazjonalnie, najczęściej czerwone, ponieważ zielona papka ze słoiczka nigdy nie zachwyciła moich kubków smakowych. Dopiero próba zrobienia własnego pesto pokazała z jak doskonałym dodatkiem mam do czynienia :)
Zarówno jako jedyny dodatek do makaronu jak i dip do innego dania, pesto warte jest uwagi. Przy okazji robimy je szybko i łatwo. Można je robić w moździerzu, jednak w ramach oszczędności czasu polecam Wam malakser. Do misy wrzucamy dużą garść świeżo zerwanych liści bazylii, dodajemy dwa ząbki czosnku, łyżkę orzeszków pinii oraz dwie łyżki dobrej oliwy z oliwek i łyżkę tartego parmezanu. Miksujemy całość aż powstanie zielona papka, konsystencje możecie wybrać zgodnie z Waszymi upodobaniami. Dodajemy odrobinę soli i świeżo zmielonego czarnego pieprzu. Pamiętajcie, że jeśli odstawiacie pesto musicie pokryć je dobrze w pojemniczku warstwą oliwy, aby składniki się nie utleniały. Można też zrobić pesto tuż przed podaniem, jeśli np. dodajemy je do makaronu.
W przypadku grillowania pesto zrobiłam wcześniej, aby później móc zjeść je z ciepłym kurczakiem.
Po pierwsze jednak bakłażan. Kroimy go wzdłuż na około półcentymetrowe plastry, solimy i odstawiamy. W tym czasie pierś z kurczaka również kroimy wzdłuż na paseczki, marynujemy w ulubionych przyprawach i odstawiamy do lodówki.
Płuczemy bakłażana, osuszamy ręcznikiem papierowym i grillujemy z obu stron aż zmięknie. Układamy plastry jeden na drugim na talerzu, skrapiając każdą warstwę oliwą, np. czosnkową.
Po bakłażanie przyszedł moment na szybkie grillowanie paseczków kurczaka. Kiedy są już gotowe, na talerzach układamy plastry bakłażana, na niego po kawałku kurczaka i ozdabiamy pesto. Dopełnieniem dania może być ryż. Wspaniały wiosenny obiad :)







czwartek, 30 stycznia 2014

Klopsiki w sosie pieczarkowym z sambalem


Dziś na obiad coś bardzo delikatnego, a jednak z ostrą nutką.
Klopsiki z indyka, które przygotujemy bardzo szybko w parowarze. Mielimy udziec z indyka, ale nie musi być bardzo mocno zmielony. Mięso przyprawiamy delikatnie, sól, pieprz, słodka papryka i odrobina pieprzu cayenne wystarczą. Dodajemy jajo i niewielką ilość bułki tartej. Dokładnie mieszamy. Sito parowaru wykładamy papierem do pieczenia i odstawiamy, a pod przykryciem zagotowujemy wodę. Mokrą dłonią formujemy małe klopsiki i układamy na papierze. Zapełnione sito wkładamy na wrzący garnek parowaru. Po dziesięciu minutach klopsiki są gotowe, dlatego dodatki najlepiej przygotować wcześniej. Np. ryż jaśminowy lekko ozdobiony świeżym tymiankiem i pieczarkowy sos. Pieczarki podsmażamy na oleju kokosowym, przyprawiamy solą i pieprzem oraz dodajemy odrobinę sambalu (czubek małej łyżeczki). Kiedy są już odparowane zalewamy patelnię śmietanką, np. trzydziestoprocentową. Do gotującej się śmietanki dosypujemy łyżkę skrobi z tapioki, która lekko zagęści sos.
Rewelacyjnie sprawdzi się połączenie delikatnego mięsa i pieczarek z ostrą nutą sambalu. Klopsiki możecie również zrobić z mielonego fileta z piersi indyka, ale wtedy mocniej je przyprawcie i pamiętajcie, że nie będą tak soczyste jak z udźca.



środa, 13 listopada 2013

Kotlet warzyw pełen, zatopiony w pomidorowym sosie :)

Brokuł, ziemniaki, kalafior. Trzy składniki wielu różnych dań. Tym razem postanowiłam, że poddam je trochę dłuższej obróbce i zamienię na kotlety.
Na początek do parowaru trafił brokuł. Nie wrzuciłam wszystkich warzyw razem, ponieważ brokuł jest najbardziej delikatny i nie można go zbyt rozgotować. Kiedy brokuł lekko zmięknie, wymieniamy go w parowarze na ziemniaki i kalafior. Proporcje to jeden brokuł, jeden mały kalafior lub pół dużego, około 4 średnie ziemniaki.
Kiedy wszystkie warzywa są już odpowiednio miękkie studzimy je.
Podczas oczekiwania możecie zrobić sos. Może to być sos grzybowy, pieczarkowy, a ja tym razem zrobiłam sos pomidorowy, o mocno ziołowym akcencie. Do sosu potrzebowałam kubek bulionu, jeden kartonik sosu pomidorowego, małą łyżeczkę syropu z agawy, sól, pieprz, zioła prowansalskie i tymianek. Składniki gotujemy w rondelku. Do filiżanki wsypujemy łyżkę skrobi z tapioki i mieszamy ze śmietaną. Dolewamy odrobinę gorącego sosu, mieszamy i całość zawartości filiżanki wlewamy do rondelka z sosem. Zagotowujemy. Odstawiamy.
Kolejny krok to rozbicie warzyw na mniejsze cząstki. Można to zrobić np. drewnianą kulą do ciasta. Do warzyw dodajemy jajko, pęczek koperku, tarty żółty ser, filiżankę ugotowanego ryżu, bułkę tartą w ilości koniecznej do uzyskania konsystencji pozwalającej nam ulepić kotlety. I oczywiście przyprawiamy. To bardzo ważny moment. Użyłam kurkumy, kolendry, pieprzu cayenne, czosnku, soli, czarnego pieprzu, ostrej i słodkiej papryki.
Do smażenia polecam Wam jak zawsze olej kokosowy. Sprawdza się wyjątkowo dobrze, ładnie pachnie i nie pali się na patelni, mimo, że smażenie zajmie nam dłuższą chwilę.
Na patelni rozgrzewamy olej. Łyżką do zupy dozujemy porcję warzyw i formujemy dłońmi w kulkę, którą obtaczamy w bułce tartej, lekko spłaszczamy i układamy na patelni.
Obsmażamy kotleciki z obu stron na złocisty kolor. Podajemy polane sosem.
Polecam Wam ten przepis, chociaż jest odrobinę bardziej pracochłonny niż np. podanie warzyw ugotowanych na parze. Jednak efekt wart jest zachodu.
Kotlecików wychodzi sporo, możecie je zjeść na drugi dzień na zimno, np. na kolację. Dzięki użyciu oleju kokosowego nie jesteście narażeni na nieprzyjemne wrażenia związane z nadmiarem oleju na smażonych daniach. Aby uzyskać bardziej ozdobny wygląd kotlecików,  brokuła nie musicie rozbijać wraz z kalafiorem i ziemniakami, tylko delikatnie rozdzielić go na różyczki i dodać je na końcu, tuż przed smażeniem.





wtorek, 24 września 2013

Risotto dyniowe z cieciorką i pesto

Dynia tu, dynia tam, z dyni zrobisz milion dań :)
Idąc tym torem myślenia proponuję Wam dziś danie proste i smaczne.
Połowę sporej dyni wydrążyłam z pestek, dokładnie umyłam i pokroiłam na mniejsze kawałki. Blachę wyłożyłam papierem do pieczenia i poukładałam na nim kawałki dyni, które następnie spryskałam oliwą. Piekarnik nagrzałam do 200 stopni i wstawiłam dynię na około 45 minut.
Ponieważ była duża, powstaną z niej różne dania. Kawałki gorącej dyni posoliłam i zjadłam tak po prostu, bo pysznie smakowała. Z pozostałych kawałków odkroiłam skórę, która po upieczeniu praktycznie odchodzi sama i cały miąższ można wykorzystać. Dwa kawałki obranej dyni trafiły na masło na patelnię. Mocno doprawiłam pieprzem, chili, tymiankiem i czosnkiem i dorzuciłam puszkę ciecierzycy. Aby wzmocnić smak dodałam pesto kurkowe oraz połowę kostki sera feta. Na koniec na patelnię dorzuciłam aromatyczny ryż jaśminowy i tak powstało risotto. Danie to nie jest zbyt fotogeniczne, ale na talerzu wygląda apetycznie, dzięki swoim intensywnym barwom. Poza tym smak rekompensuje ewentualne ubytki w wyglądzie :)
Dla lepszego aromatu posypcie talerze świeżymi listkami oregano.


niedziela, 8 września 2013

Sir Grill i kurczęcie udka :)

Może pamiętacie jak pisałam w poście o Poznaniu o Festiwalu Dobrego Smaku i zakupach jakie wtedy poczyniłam. Między innymi zakupiłam kozi ser, o wdzięcznej nazwie "Sir Grill", produkt Serów Łomnickich. Zapakowany pięknie z liściem winogron, który daje dodatkowy, przyjemny aromat po otwarciu opakowania i jest niewątpliwie bardzo ozdobnym elementem.
A skoro sir grill to zjeść go postanowiliśmy z grilla. Kostka sera wielkości połowy kostki masła starczyła na trzy porcje, dwie trafiły na grill a jeden kawałek skonsumowałam jako deser :) Z przetartymi jabłkami i syropem klonowym. Zarówno ta opcja, jak i grillowana smakowały nam wyśmienicie. Ser na grill posypałam tylko odrobiną pieprzu i zielonej czubricy. Porcję dopełniał dobrze przyprawiony filet z udka z kurczaka, który też został ładnie przyrumieniony na grillu.
Nie bardzo mogłam się zdecydować, z czym podać obiad, więc postawiłam na najbardziej niezawodną opcję, czyli jaśminowy ryż.
Jako surówkę podałam odrobinę mieszanki sałat ze sporą ilością zielonego groszku i czerwonej papryki, doprawione świeżymi listkami ziół i tymiankową oliwą.
Mam swojego nowego faworyta do grillowania, którego i Wam polecam :)




wtorek, 3 września 2013

Falafel original - czyli czasem trzymam się przepisu :)

Dla wnikliwych czytelników od razu wyjaśnienie - tak, tak, falafel był już na blogu. Wracam do niego, bo tym razem jest bliższy oryginałowi, a sama potrawa jest godna polecenia.
Jakiś czas temu udało mi się upolować "za grosze" książkę, która gromadzi oryginalne przepisy kuchni śródziemnomorskiej. Znalazłam w niej kilka faworytów i stopniowo planuję realizować ich wykonanie. Są to libańskie zupy, egipskie sałatki oraz właśnie falafel.



Suszona cieciorka czekała już od jakiegoś czasu w spiżarni. Kupiłam ją właśnie z myślą o kotlecikach. Zamoczyłam dwieście gram ziarenek w wodzie i pozostawiłam na noc do namoczenia. Rano, jak tylko wstałam wypłukałam ziarna, zalałam świeżą wodą i nastawiłam do gotowania. Trzeba doprowadzić zawartość garnka do wrzenia, a potem zmniejszyć gaz i gotować jeszcze przez około godzinę. Ja gotowałam całość około 50 minut, czyli dokładnie tyle czasu ile miałam rano przed wyjściem do pracy :)
Cieciorka została w gorącym garnku do mojego powrotu.
Gotuje się ją bardzo dobrze, nie przywiera do dna garnka i nie wymaga częstego mieszania. Woda wygotowała się niemal całkowicie.
Tak ugotowaną cieciorkę wrzuciłam do malaksera, dodałam łyżkę kolendry, łyżkę kuminu, sól i pieprz do smaku, garść natki pietruszki, ząbek czosnku oraz dużą cebulę i zmiksowałam do postaci dość gruboziarnistego puree.
Do warzyw dodałam odrobinę soku z limonki i dwie łyżki mąki.
Wymieszana masa daje się bardzo ładnie formować w niewielkie kuleczki, które na końcu delikatnie spłaszczamy dłonią. Żeby nadal trzymać się przepisu musiałam przygotować tłuszcz do głębokiego smażenia. Oczywiście wybrałam olej kokosowy. W celu zminimalizowania ilości tłuszczu  użyłam małej patelni. Pewnie kojarzycie patelnie, na których idealnie smaży się jedno sadzone jajo - moja jest właśnie taka. A do tego ma dość wysoki rant, więc nadała się idealnie. Rozgrzałam mocno olej kokosowy, którego poziom sięgał około dwóch centymetrów i zanurzyłam w nim pierwsze cztery kotleciki. Pięknie się zarumieniły, potem obróciłam je na drugą stronę i również pozwoliłam się przyrumienić. Wyszły pyszne i chrupiące brązowe falafele. Nie podałam ich w chlebku pita, ponieważ miałam już ugotowany ryż. Zamiast dipa podałam różne warzywa drobno pokrojone i wymieszane z jogurtem naturalnym oraz ziołami. Zjedliśmy smaczny i lekki obiad, a Głodomorek powiedział, że jak są falafele to on nie musi jeść mięsa. To chyba najlepsza rekomendacja :)





piątek, 9 sierpnia 2013

Toż to dorsz kapitanie!

Uwielbiam ryby. Może nie widać ich na blogu, ale wynika to z tego, że obiadem z rybą mogę cieszyć się tylko sama, bo Głodomorek nie cierpi nic, co można w najmniejszym chociaż stopniu zaliczyć do owoców morza. A ponieważ nikt nie ma czasu robić dwóch obiadów, rzadko jadam rybę. Chyba, że tak jak dziś, każdy je to co lubi, a obie opcje robią się równie szybko i ze sobą nie kolidują w garnkach :)
Opcja bez ryby to kolby kukurydzy gotowane na parze, podane z masełkiem i ryżem.
Dla wielbicieli ryb mam drugi zestaw - grillowany filet z dorsza bez skóry, podany z ryżem. A dodatkowo kolba kukurydzy, pokrojona w półcentymetrowe plasterki, również grillowana. Ryba z grilla to obiad błyskawiczny. Polana delikatnie sokiem z limonki jest krucha i soczysta. Przyprawiłam ją ziołowym pieprzem, ostrą papryką i curry. Aromaty były nieziemskie, niestety nie każdy je docenia :)
Ryż jaśminowy również, jeśli macie ochotę, możecie lekko skropić sokiem z limonki. Nieoczekiwanie daje to bardzo smaczny efekt. Kukurydza z grilla jest chyba lepsza niż gotowana na parze, bo jeszcze bardziej chrupka i pachnąca. Oczywiście jeśli lubicie obgryzać małe krążki :)
Ahoj rybko, do następnego spotkania....



poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Głodomorka kurczak satay :)

Urozmaicenie w kuchni przynoszą podróże, wyjazdy, lub ludzie. Każdy, kto lubi eksperymenty kuchenne, wyjeżdżając nie będzie szukał w nowym miejscu tego co zna, tylko z zainteresowaniem podda swoje podniebienie próbie poznawczej. Część z tych prób będzie nieudana, ale myślę, że większość będzie odkryciem i "przyjaźnią" na życie :)
Dzięki chęci poznawczej moja szuflada z przyprawami zaczyna pękać w szwach. W zamian każdy kto zawita na posiłek ma szanse skosztować czegoś, czego nigdy nie jadł. Czasem też ma szanse odnaleźć dawno zapomniany smak, który go kiedyś zachwycił. Głodomorek lubi ostre smaki, to dzięki niemu na szafce stoi słoiczek sambala. To również on sprowokował przeczesywanie internetu w poszukiwaniu ketjap manisu. Z różnych stron świata przybywają do naszej kuchni niby znane, a jednak odmienione mieszanki przypraw i sosów. Ketjap manis całkowicie wyparł klasyczny sos sojowy z jadłospisu. Sambal świetnie uzupełnił się z ajvarem.  A ostatnio dołączył do nas sos satay. Użyliśmy oryginalnego, pasteryzowanego sosu prosto z Tajlandii i myślę, że będzie to referencyjny smak do powtarzania, kiedy będziemy przygotowywać go samodzielnie. Przybliżę Wam jakie składowe ma sos: orzechy arachidowe (można użyć masła orzechowego), mleczko kokosowe, trawa cytrynowa, czosnek, papryczka chili, galangal.
Filet z kurczaka marynował Głodomorek, więc nie podam przypraw, ale tu stawiam na Wasze ulubione smaki. Kurczak nie musi być mocno przyprawiony, bo chcemy przecież delektować się smakiem sosu. Fileciki z kurczaka kroimy w dość małe paseczki i nabijamy na patyczki. Grillujemy aż się ładnie zarumienią. Gorące szaszłyki polewamy szczodrze sosem. Podajemy z ryżem. Pokusiłam się jeszcze na zrobienie sałatki z ogórka, rzodkiewki, szczypiorku i czosnku z jogurtem i odrobiną pokruszonej fety.
I chyba nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że obiad został SPAŁASZOWANY, bo bardzo, bardzo nam smakował :)



czwartek, 18 lipca 2013

Wypaśna surówka i miodowo-czosnkowy kurczak z grilla

Udało się, dom wzbogacił się o kolejne sprzęty kuchenne. Robot ma wiele przystawek i na razie podchodzę do niego ostrożnie. Sokowirówka już sprawdzona, ale to chyba nie będzie nasz faworyt, chociaż sok z marchwi i jabłka wyciskany w domu można raz na jakiś czas wypić. Bardziej przypadła mi do gustu wyciskarka do cytrusów, bo takie soki lubię najbardziej, a i wykorzystanie materiału wydaje mi się wydajniejsze.
Wczoraj do zrobienia surówki postanowiłam wypróbować malakser. I to jest to. Polubimy się na pewno i będziemy często ze sobą pracować :)
Pięknie poszatkował mega miks warzywny, w którego skład weszły: marchew, cebula, kalafior, szczypior, świeże zioła, czosnek i czarne oliwki. Surówka wyglądała jak colesław, tylko skład znacząco odbiegał od oryginału. Jako dressing wykorzystałam olej sezamowy, sos z limonki, kolendrę, czarnuszkę, sól, pieprz, dwie łyżki jogurtu naturalnego i łyżeczkę musztardy.
Surówka wyszła na bogato, ale to nie koniec obiadu :) Bo w lodówce już się marynowały pocięte w paski piersi kurczaka w zalewie miodowo-czosnkowej z kurkumą. Po godzinie trafiły na nasz kolejny nowy nabytek, czyli grilla elektrycznego. Cudne urządzenie, duże, ale zgrabne i bardzo szybko można na nim przyrządzić jedzenie. Dodatkowo posiada szklaną pokrywę, dzięki czemu nie ma obaw, że mięso wyjdzie suche.
W najbliższym czasie muszę upolować dorodnego bakłażana, który też trafi na grill.
A na razie obiad już gotowy. Dopełnieniem jest odrobina ryżu jaśminowego. Obiad zjedliśmy w milczeniu - całkowicie pochłonęło nas delektowanie się smakiem :)



wtorek, 9 lipca 2013

Odkrywam nowe smaki :)


Próbujmy nowości. Jeśli nie odrzucamy czegoś z konieczności zdrowotnej lub przekonań etycznych, dajmy się namawiać na nowości. Dzięki próbom możemy poznać wspaniałe smaki, które zadziwią nas i zachwycą. Dla mnie takim niesamowitym odkryciem były lody waniliowe po tajsku. Gałka lodów najzwyklejszych naszych swojskich, a do tego cała oprawa. I szok. Pierwszy raz w życiu siedziałam przez chwilę zatkana, nie mogąc ogarnąć co czuję. Ale to był przyjemny stan. Chciałabym kiedyś odtworzyć to połączenie we własnej kuchni. Lubię w niej eksperymentować. Walczę ze swoimi przyzwyczajeniami. Mimo, że dotąd tego nie robiłam zaczęłam używać do przyprawiania cytryny i limonki. Dotąd te kwaśne smaki nie chciały mi przejść przez gardło. A teraz, odpowiednio wyważone, niezbyt wyeksponowane dają mi zupełnie nowe możliwości połączeń. To tak jakbym dorosła do tego, aby docenić pewne smaki.
Wczoraj przygotowałam steki z indyka w delikatnym sosie miętowo-limonkowym. Mięta też jest dla mnie trudną próbą, ponieważ od dzieciństwa mam uraz do tego ziółka. Ale przełamałam się i nie żałuje, bo efekt jest niesamowity. Do kawałków mięsa ugotowałam na parze jaśminowy ryż, który również lekko doprawiłam sokiem z limony, a na talerzu przystroiłam paroma kroplami ketjap manisu.
Zamiast sałatki podałam delikatną, ugotowaną na parze zieloną fasolkę szparagową.
Fajnie jest czasem zjeść coś zupełnie nowego, co dodatkowo bardzo smakuje :) I dzięki temu gotowanie nigdy się nie nudzi, a rozwój umiejętności kuchennych nigdy się nie kończy.






sobota, 6 lipca 2013

Lato, leczo, lemoniada

Biała papryka - jak tylko pojawia się na straganach, pierwsza, świeża i chrupiąca - przebieram z ukontentowania paluszkami, bo wiem, że zaraz będę mogła zrobić leczo.
Jest, kupiłam, zrobiłam. Pychota, która nawet zatwardziałego mięsożercę tak bardzo połechtała w podniebienie, że ani nie zaprotestował, a może prawie nie zauważył, że dostał obiad w stu procentach vege :)
Jak tego dokonać? Nie ma tu żadnych magicznych sztuczek, jest tylko smak i aromat świeżej papryki, który uwiedzie każdego.
Na początek w rondlu rozgrzewamy dużą łyżkę oleju kokosowego, na którym szklimy cebulkę i czosnek. Na patelni podsmażamy posiekane pieczarki. Paprykę kroimy w dosyć sporą kostkę, bo ma pozostać chrupiąca i elastyczna. Dodajemy ją do rondla, dusimy dodając odrobinę sambala, kuminu, soli i pieprzu. Do podduszonej papryki dodajemy pieczarki, pomidory z puszki, lub świeże bez skórki, łyżkę ajvaru, łyżkę przecieru. Leczo dusimy dalej na małym gazie. Możemy do niego ugotować młode ziemniaczki. U nas ziemniaczki były ostatnio dosyć częstym gościem na talerzach, więc do leczo ugotowałam ryż jaśminowy. Kiedy ryż był gotów, wyłożyłam go na talerze i polałam gorącym i bardzo aromatycznym leczo. Posypałam całość dania posiekanym koprem. Pogoda dopisała, więc zjedliśmy obiad na balkonie, popijając posiłek różową lemoniadą pomieszaną z różowym winem. Co to był za relaks, co to była za przyjemność. Lato zdecydowanie ma wiele uroku i przede wszystkim pozwala nam cieszyć się większym kontaktem z naturą. I chociaż jesteśmy mieszczuchami, żyjemy w betonie, przemieszczamy się klimatyzowanymi metalowymi bolidami, to kiedy tylko można wyjść na trawkę, powąchać kwitnącą słodko lipę od razu czujemy zew natury. Cieszę się, że jeszcze trochę tej natury jest w otoczeniu i daleko nie trzeba szukać zielonych traw i pachnących lip :)
Czy wiecie, że meteopatię zawdzięczamy naszemu oderwaniu od natury. Więc, żeby nie narzekać na zmiany pogody i dokuczający wtedy ból głowy, spędzajmy jak najwięcej czasu na świeżym powietrzu. 
Lato, leczo i lemoniada :)


środa, 22 maja 2013

Falafel - arabskie kotleciki z ciecierzycy

Falafele kojarzą mi się tylko z vege fast-foodami, bo nigdy nie jadłam kotlecików z ciecierzycy robionych domowym sposobem.
Skoro jednak postanowiłam, że cieciorka w naszej kuchni będzie gościć, zrobienie falafeli było tylko kwestią czasu.
Polecam je Waszej uwadze, bo wykonanie jest proste i szybkie. Można użyć gotowanej cieciorki, ja użyłam tej z puszki. Zblendowałam ją z natką pietruszki, przyprawami, cebulą i czosnkiem i usmażyłam.
Lepienie kotlecików jest proste, nie rozpadają się, masa jest klejąca. Dzięki pietruszce ma też wiosennie zielony odcień :)
Danie uzupełniłam ryżem jaśminowym i surówką z różnych sałat.
Obiad był delikatny, falafele są bardzo aromatyczne dzięki przyprawom, głównie kmin rzymski nadaje ton.
Oryginalnie podaje się je w placku pita lub samodzielnie jako przekąska. Śmiało można złamać tradycję ryżem, bo z nim też się dobrze komponują  :)





niedziela, 12 maja 2013

Pierś z indyka w formie szaszłyka :)

Okres majowego grillowania podsunął mi pomysł na obiad. Szaszłyk - co prawda nie z grilla, tylko z piekarnika. Pierś z indyka była spora, została więc sprawiedliwie rozdzielona na porcje i cztery różne pomysły czekają na realizację. Sam szaszłyk okazał się obiadem na dwa dni, kiedy zamarynowane kawałki wbijane na patyk nie chciały się skończyć :) Tym bardziej, że przeplatane były dużą ilością czerwonej papryki i plasterkami cebulki. Do smaku na każdym patyczku wylądowały dwa plasterki kiełbasy.
Szaszłyk pochodzi prawdopodobnie z centralnej Azji. Na początku tak przygotowane mięso opiekało się nad ogniskiem. Dziś możemy je piec na różne sposoby, wykorzystując dostępne źródło ognia.
Potrawa, jeśli wcześniej zamarynujemy mięso, jest bardzo łatwa do zrobienia, a mimo to otrzymujemy w efekcie dość wykwintne i pięknie pachnące danie. Jego dużym plusem jest też to, że tak przygotowana pierś z indyka nie jest sucha, co może się zdarzyć np. kiedy chcemy upiec ją całą.
Danie jest poręczne do zabrania w drogę. Już myślę o tym, żeby taki szaszłyk upiec na piknik.
Patyki w dłoń :)





piątek, 10 maja 2013

Bajkowy talerz

Zielone szparagi kuszą z każdego straganu. Trudno było by oprzeć się tym zielonym badylkom. Dziwne, że znam je od tak niedawna. Gdyby nie moja znajoma, pewnie do dziś nie wiedziałabym co tracę. Wszystko przez to, że w moim rodzinnym domu szparagów się nie jadało, więc nie bardzo wiedziałam jak się do nich zabrać. Nie chciałam zmarnować zakupu, z drugiej strony przygotowanie wydawało mi się bardzo skomplikowane.
Kiedy oswoiłam się już z nimi okazało się, że to wcale nie jest trudne. Tym bardziej, że nie gotuję ich klasycznie, tylko wrzucam do parowaru :)

Tym razem dorzuciłam do garnka kilka młodych marcheweczek dla kontrastu.
W marynacie jogurtowej z odrobiną świeżych ziół przygotowałam pokrojone w podłużne paski piersi z kurczaka. Dodatkiem do obiadu był biały ryż jaśminowy.
Kurczak w jogurcie na patelni wyglądał całkiem jak chałwa :) Nigdy wcześniej nie marynowałam tak mięsa, ale muszę przyznać, że jest to świetny sposób, szczególnie że przy szparagach nie potrzebujemy innych mocnych akcentów smakowych.W końcu to one miały grać główną rolę.

Całość na talerzu wyglądała jak obrazek z bajki :) Nie mniej jednak po zrobieniu zdjęcia obraz został naruszony sztućcami i zniknął. Nic nie szkodzi, sezon szparagowy w pełni, zdążę jeszcze skomponować kolejne obrazki :)



wtorek, 23 kwietnia 2013

Królewskie roladki na czerwonym ryżu

Za oknem wiosna, promyki słońca radośnie tańczą po salonie. Storczyk uwierzył w to, że wiosna przyszła naprawdę, postanowił pozwolić pączkom wreszcie się rozwinąć. Długo tulił je zazdrośnie na trzech pędach, a teraz nie można oderwać wzroku -  jest oblepiony kwiatami.
W kuchni też już czuć wiosnę. Przyszedł czas na lekkie i szybkie potrawy. Już nie w smak nam pieczenie kurczakowych piersi w cieście francuskim. Zasmakowaliśmy w lekkich roladkach gotowanych na parze.
Niedawno przywoływały słońce na talerzu zielonej soczewicy.
Teraz w wersji z turecką fetą i czerwonym pesto z ziołami. Polecam Wam zakup prawdziwej fety w dużych gomółkach. Smak i konsystencja wynagrodzą Wam wyższą cenę.
Poza tym feta z koziego lub owczego mleka jest o wiele ostrzejsza i nadaje daniu własny smaczek. A co najważniejsze, nawet osoby nie przepadające za kozim serem, zjadają rozpuszczoną fetę bez marudzenia, ponieważ jest już złagodzona gotowaniem, smakiem pesto i ziołami, którymi obsypany jest kurczak.
Roladki można podać na zielonych warzywach, również ugotowanych na parze. Ja tym razem wykorzystałam czerwony ryż jaśminowy, podduszony na maśle z pieczarkami.
Danie jest lekkie, a jednocześnie syte. Bardziej delikatne są piersi kurczaka, które wcześniej były zamrożone. Ja dodatkowo każdą delikatnie rozbijam i przekrawam wzdłuż na dwie części. Gotowanie zajmuje jakieś 10 minut, więc jeśli ryż ugotujecie wcześniej, obiad można zrobić w 15 minut i zostanie jeszcze dużo czasu na przyjemny spacer w promieniach słońca.




piątek, 12 kwietnia 2013

Paprykarzowy news :D

Wstyd się przyznać, ale w czasach kiedy dostęp do jedzenia mamy właściwie nieograniczony ja mam problem z wyborem :)
A wszystko przez to, że pamiętam jeszcze czasy, kiedy kupowanie jedzenia nie wiązało się z żadnym ryzykiem, chleb był chrupiący bez polepszaczy, truskawki nie powodowały uczulenia, pomidory pachniały jak słoneczny sierpniowy dzień, a masło miało tylko dwa rodzaje - solone lub nie.
Dziś jest trudniej - półki sklepowe uginają się od wszelakich produktów, tylko trudno coś kupić, stojąc w sklepie i czytając kolejną przydługą etykietę składu. Wszystko jest gotowe, w wielu różnych odmianach, nawet rzodkiewki nie wkraja się samemu do twarożku, bo ona już tam jest.
Poza rzodkiewką jest tam jeszcze mnóstwo różnych składników, nie kojarzących mi się wcale z jedzeniem.
I tak wróciłam myślami do dawnych czasów i przypomniał mi się sztandarowy, bardzo przeze mnie lubiany Paprykarz Szczeciński. Dziś też można kupić podobne produkty, ale jakoś nie dałabym rady podjąć ryzyka spożycia.
Skoro jednak już sobie o nim przypomniałam, postanowiłam zrobić coś podobnego. Do opcji z rybą też się pewnie zabiorę. Na razie poprzestałam na wersji warzywnej z czerwonym ryżem, czerwoną soczewicą, czerwoną papryką i zielonym groszkiem dla kontrastu.
Zaostrzyłam całość paroma przyprawami. I udało się. Nie jest to smak dzieciństwa, bo i nie mógł być bez rybki. Natomiast jest co na chleb położyć :)



niedziela, 24 marca 2013

Niedziela z tłuczkiem? A może jednak nie :)

Słuchając cotygodniowych niedzielnych odgłosów zza ścian mojego mieszkania dochodzę do wniosku, że pozycja schabowego na niedzielnym polskim stole pozostanie niezagrożona na wieki. Czyżby to wynik potrzeby przynależności do grupy etnicznej, a może tzw tradycja niedzielna?
Mnie temat ominął już dawno temu, schabowego nie jadłam jakieś 15 lat, więc pewnie tego fenomenu nie zrozumiem. Natomiast przyznaję, że zdarza mi się spożyć kotlecik drobiowy, robiony zgodnie z zasadami sztuki schabowego. Wynika to z tego, że ktoś specjalnie dla mnie taki kotlet drobiowy robi, wiedząc, że inna opcja pozostanie na talerzu nienaruszona.
Nadal jednak nie rozumiem, skąd ta popularność. Dlatego polecam Wam dla odmiany filety z kurczaka przygotowane zupełnie inaczej.
Bo czy w gotowaniu nie chodzi o to, żeby wydobyć jak najwięcej walorów przygotowywanych potraw? Podkreślenie smaku, podbicie zapachu?
Dla mnie kotlety schabowe to zabijanie smaku mięsa panierką, tłuszczem i długim smażeniem.
A zatem jaka alternatywa?
Pierś z kurczaka umyta i zamarynowana w marynacie, którą każdy powinien zrobić wg własnych upodobań. Ja najczęściej używam odrobinę balsamico, sos imbirowy z soją, świeży rozmaryn, tymianek, czosnek, oliwę z czosnkiem i chili, oraz czerwoną czubricę i pieprz.
Tak zamarynowane mięso wkładam po prostu do naczynia żaroodpornego i piekę. Mniej roboty, mniej sprzątania, a do tego wyśmienity efekt.
Często przygotowuję w ten sposób więcej mięsa, tak żeby w tygodniu trafiło na zimno na kanapki. Pysznie smakuje z żurawiną lub chrzanem.
A wracając do naszego niedzielnego obiadu. Polecam Wam do mięsa ryż jaśminowy, tylko taki oryginalny, nie zamykany w torebkach do gotowania.
Okazuję się, że jeśli przygotujecie go dokładnie zgodnie z przepisem, wyjdzie idealny i aromatyczny.
Do obiadu użyłam czerwonego ryżu jaśminowego, urozmaicił kolor dania, do którego dodana była klasyczna mizeria.
Wszystko sprawnie podane, bez potrzeby użycia tłuczka :)