Pokazywanie postów oznaczonych etykietą migdały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą migdały. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Sernik Amaretti

Chociaż za moim oknem nie czuć jeszcze piknikowych temperatur, to jestem pewna, że już za chwilę wyruszymy na piikniki i śniadania na trawie. A jeśli tak, to czas pomyśleć o tym, jakie pyszności mogą umilić nam czas spędzany na kocyku, wśród traw. Dla wszystkich wielbicieli serników wrzucam ten wyjątkowo prosty, ale niezawodny przepis, na totalnie migdałowy, aromatyczny wypiek. Proponuje upiec go wieczorem, przed wyprawą, tak, żeby o poranku spakować do koszyka wypiek, który osiągnie najwyższe walory w swojej klasie :)
Zabieramy się od przygotowania składników, bo wszystkie powinny być w temperaturze pokojowej. Potrzebujemy kilogram ulubionego sera na serniki, cztery jaja, 120 gram brązowego cukru i 30 gr skrobi z tapioki (zamiennie oczywiście mąka ziemniaczana też się nada) oraz kroplę aromatu migdałowego. To wszystko czeka, a my zabieramy się za spód,  na który zużyjemy 200 gram zmielonych ciasteczek amaretti, które zmieszamy z rozpuszczonym masłem (około 50 gram). Wymieszane maślane okruszki mocno wgniatamy łyżką w wyłożone papierem do pieczenia dno tortownicy i wstawiamy do lodówki. Rozgrzewamy piekarnik do 170 stopni i zabieramy się za masę serową.
Do misy miksera wkładamy ser, wbijamy całe jajka, wsypujemy cukier, skrobię i dolewamy aromat. Miksujemy wszystko do połączenia, nie dłużej. Kiedy masa jest gładka pora wylać ją na ciasteczka i wyrównać. Ja dodatkowo zatopiłam w serze kilka wisienek z zalewy amaretto. Tak przygotowany sernik wstawiamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy 50 minut. Góra powinna się w tym czasie wyraźnie ściąć. Gdyby tak się nie stało pieczemy odrobinę dłużej, aż do ścięcia.
Pamiętajcie, że sernik najlepiej pozostawić do ostygnięcia w piekarniku, z uchylonymi drzwiczkami. Kiedy sernik stygnie, w kąpieli wodnej rozpuszczamy gorzką czekoladę, można dodać do niej kilka kropli zalewy z wisienek amaretto. Polewamy sernik i posypujemy płatkami migdałowymi. Wstawiamy na noc do lodówki. Gdyby na drugi dzień pogoda nie dopisała, to mogę Wam zagwarantować, że nawet najbardziej szary dzień wydaje się słoneczny, kiedy możemy zjeść przepyszny sernik i wypić dobrą kawę. Migdałowy aromat utrzymuje się w domu jeszcze długo po tym, jak po serniku nie ma ani śladu :)



poniedziałek, 15 czerwca 2015

Po długiej przerwie wspominam - tort marchewkowy

Prawie pół roku temu napisałam ostatni post na bloga. Przez te miesiące myślami wracałam do Piątej Pory Roku, z sentymentem i ciągle nadzieją, że zaraz siądę i napiszę następny wpis. I nic z tego nie wychodziło. I może nic by z tego nie wyszło do dziś, gdyby nie to, że te ponad dwa lata mojej aktywności tutaj coś dla kogoś znaczą. Statystyki pokazują, że czytacie bloga, a na jego fanpage'u stale przybywają lajki. Nic tak nie motywuje, jak świadomość tego ruchu z Waszej strony - bardzo za to dziękuję.
Nie porzuciłam blogowania, bardziej ostatnio porzuciłam gotowanie. Zawsze chciałam się tutaj dzielić jakimiś wyjątkowymi daniami lub informacjami o jedzeniu, więc teraz kiedy rzadziej zaglądam do kuchni, odbija się to na blogu.
Ale dziś, po tylu miesiącach znalazłam czas, żeby zasiąść do komputera i przypomnieć sobie te emocje i szczęście, jakie dają gotowanie i pisanie.
Przypomnieć, bo tak naprawdę chcę Wam dziś podać przepis na tort, który upiekłam w lutym na moje urodziny. Przepis jest świetny, a tort pyszny i zdrowy. Okazji na pewno znajdzie się jeszcze dużo, więc nic straconego.
Zanim jednak postanowiłam siąść do pisania, postanowiłam zdopingować się jeszcze jedną rzeczą. A mianowicie przypomnieć sobie jakieś szczęśliwe zdarzenie z zeszłego roku, którego zapis zawierają karteczki w moim słoiku szczęścia, o którym mieliście okazję przeczytać tutaj. Wylosowałam karteczkę i pomyślałam, że jednak nie ma zbiegów okoliczności. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że mój ostatni post na blogu ma datę 10 stycznia 2015, obecnie chcę pisać o torcie, a na karteczce, którą wylosowałam widnieje napis : "wygrałam tort w konkursie o wspomnieniach - 10 stycznia 2014".
To dzięki tej wygranej odważyłam się sama zrobić pierwszy tort i tak poszło. Tortów na blogu znajdziecie całkiem sporo tutaj.
A teraz czas już chyba przejść do przepisu, który Wam obiecałam. Tort marchewkowy, jest nie tylko pyszny, ale też zdrowszy niż klasyczne urodzinowe wypieki. Podane proporcje starczają na jeden placek upieczony w tortownicy o średnicy 22 cm, ale docelowo możecie śmiało podwoić składniki, szczególnie jeśli spodziewacie się większej liczby gości na przyjęciu.
Ja robiłam mały torcik dla rodziny i najbliższych przyjaciół, więc starczył jeden placek marchewkowy, przekrojony i przełożony kremem. Tym bardziej, że torcik jest syty i ma sporo błonnika.
Zacznijmy od marchewki. Potrzebujemy filiżankę pozostałości po wyciskaniu soku z marchwi. W przypadku, kiedy jak ja macie wyciskarkę, uzyskana miazga jest już wysuszona idealnie i nadaje się do użycia. Jeśli macie tradycyjną sokowirówkę, musicie jeszcze odcisnąć nadmiar soku.
W misce mieszamy 225 ml oleju kokosowego, 3 jajka, łyżeczkę ekstraktu waniliowego. Do tej masy dodajemy startą marchewkę, około szklanki orzechów i migdałów oraz szklankę rozdrobnionych daktyli. Jeśli są zbyt suche, dobrze byłoby zalać je wcześniej wodą, aby dały się drobno pokroić. Do tej masy przesiewamy 275 gram mąki, ja zmieszałam 200 gram mąki orkiszowej i 75 gram mąki migdałowej. Mieszankę przyprawiamy szczyptą soli oraz dosypujemy po łyżeczce cynamonu i imbiru.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni a tortownice natłuszczamu i wykładamy dno papierem do pieczenia, na który wykładamy ciasto i wyrównujemy masę łyżką. Pieczemy około 45 minut, albo do suchego patyczka.
Za krem posłużył mi serek maskarpone zmieszany z bitą śmietaną i zmielonym na puder ksylitolem. Dodałam również odrobinę ekstraktu waniliowego.
To bardzo nietypowy wypiek, ale świetnie zastępuje mocno słodkie, jasne  biszkopty. Można go zjeść prawie bezkarnie :)
Chociaż jadłam go już jakiś czas temu, pamiętam, że bardzo smakował wszystkim, chociaż oczywiście trochę zaskoczył gości smakiem i konsystencją.
W tym wypieku cukier zastąpiłam przede wszystkim daktylami - zachęcam Was do takiej zamiany składników,
Próbujcie, piszcie jak się udało. A ja zmykam do innych zajęć, pogryzając arbuza. Nie obiecuję, że kolejny przepis dostarczę Wam szybciej, mam jednak nadzieję, że te prawie 200 postów, które znajdziecie na blogu, ciągle jeszcze daje Wam inspirację i nowe doznania kulinarne.


wtorek, 4 listopada 2014

Ciasteczka owsiane - maleńkie przegryzki na jesienne smuteczki


Przed samym Halloween opanował mnie amok pieczenia. Od kilku miesięcy niespecjalnie ciągnęło mnie w stronę piekarnika i widocznie nagromadziła się energia, którą przy dobrej okazji udało się wykorzystać nad wyraz produktywnie.
Powstało ciasto z mąki kokosowej i baklava z jabłkiem. I właśnie podczas wyciągania różnych ingrediencji z szafeczki przyuważyłam torbę z mąką owsianą. Pomyślałam, że ciasteczka owsiane to dobra przegryzka w razie Psikusa czy Cukierka :)
Mimo, że całkiem spontaniczny, przepis muszę zapisać, bo wyszło coś naprawdę pysznego. Do misy malaksera wsypujemy szklankę mąki owsianej i pół szklanki mąki migdałowej oraz trzy łyżki surowego kakao. Dodajemy dwie lub trzy łyżki syropu daktylowego, pół łyżeczki sody oczyszczonej i zalewamy całość nie pełną filiżanką rozpuszczonego masła lub oleju kokosowego. Mieszamy pulsacyjnie składniki, dodając w trakcie dwie duże łyżki galaretki ze złotego lnu (który wcześniej zalewamy letnią wodą). Len zastąpi w ciastkach jajko.
Wymieszane składniki wykładamy z malaksera do miski i ręcznie ugniatamy w kulę, którą wkładamy na pól godziny do lodówki. W tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 160 stopni i rozkładamy papier do pieczenia na blasze.
Ochłodzone ciasto porcjujemy małą łyżeczką. Każdą porcję w dłoni zmieniamy w kuleczkę, którą rozpłaszczamy delikatnie. Ciasteczka układamy w odstępach. Nie urosną wiele, ale jednak trochę zwiększą swoją objętość.
W piekarniku wystarczy im 15 do 20 minut. Potem czekamy aż całkiem wystygną i możemy chrupać. Oraz bez obaw rozdawać dzieciakom - to naprawdę zdrowe ciasteczka.



piątek, 14 marca 2014

Maślane ciasto czereśniowe pod kratką :)

Przypomnę Wam dziś o lecie. O tej rozkosznej porze, ciężkiej od słodyczy owoców. Między innymi dojrzałych, prawie czarnych, soczystych czereśni :)
Właśnie kilogram takich idealnych owoców zamroziłam latem. Zużywałam je oszczędnie w trakcie zimy, a teraz ostatnie pół kilograma wypestkowane trafiło do pysznego, bardzo kruchego ciasta.
Ponieważ przepis jest trochę inny niż na tartę rozpiszę się nieco, jak przygotować ciasto i owoce.
Czereśnie odmrażamy i pozbawiamy pestek. Odstawiamy na sicie, aby pozbyć się nadmiarowego soku. Taki sok można użyć do zabarwienia lemoniady na piękny rubinowy kolor.
Dziś postanowiłam wykorzystać do wyrabiania ciasta malakser. Jeśli nie macie takiej możliwości, ciasto możecie zrobić tradycyjnie siekając tłuszcz z mąką.
W malakserze poszło szybciej i chyba przerzucę się na stałe na to urządzenie.
Do misy malaksera wsypujemy przesianą mąkę, około 250 gram oraz wrzucamy miękkie masło pokrojone w małe kostki, 200 gram. Dodajemy łyżeczkę soli. Zamykamy malakser i włączamy pracę pulsacyjną. Kiedy składniki połączą się w posiekane ciasto dolejcie trzy łyżki zimnej wody i jeszcze na chwilę włączcie urządzenie. Ja uzyskałam gładkie ciasto, które po wyjęciu z malaksera uformowałam w kulę i zawinięte w folii włożyłam do lodówki na pół godziny.
Ciasto się chłodzi, więc czas zająć się owocami. Odsączone czereśnie przekładamy do miski. Dodajemy pół szklanki cukru brązowego i pół szklanki mąki migdałowej. Dokładnie mieszamy, aż składniki dobrze się połączą. Wyciągamy ciasto, odkrajamy 2/3 i mniejszy kawałek odkładamy do lodówki. Większą część rozwałkowujemy na cienki placek i wykładamy nim formę na tartę. Najlepsza byłaby taka z wyciąganym dnem. Ja mam zwykłą ceramiczną i też się dobrze spisała. Ciasto jest zbyt kruche aby wyjąć je w całości, jeśli nie mamy ruchomego dna  :)
A zatem mamy formę wyłożoną dokładnie ciastem, które opada lekko poza formę. Chowamy je do lodówki i wyciągamy pozostały kawałek do rozwałkowania. W tym czasie już nagrzewamy piekarnik do 200 stopni.
Rozwałkowany kawałek ciasta kroimy na szerokie na centymetr paski. Wyciągamy z lodówki formę z ciastem, wykładamy na nie owocową pulpę i wyrównujemy powierzchnię.
Paseczki ciasta rozkładamy w jednym kierunku starając się układać je w miarę równych odległościach i łączyć na brzegach z podstawowym ciastem. Kolejne paski układamy pod kątem prostym do pierwszych, aż utworzy się kratka na powierzchni owoców. Wszystkie paseczki doklejamy do brzegów ciasta a całość przed włożeniem do piekarnika smarujemy rozbełtanym jajem. Po 35 minutach wyciągamy gotowy placek. Pachnie jak zawsze, gdy ma się do czynienia z czereśniami i migdałami - obłędnie. Słonawe ciasto świetne uzupełnia się ze słodkim wypełnieniem. Ciasto jest bardzo kruche i maślane. I przenosi nas we wspomnienia upalnych dni :)


wtorek, 4 marca 2014

Almond hearts - kruche jak miłość :)

Uwielbiam piec kruche ciasteczka. Lubię też dobierać ich kształty nie tylko do okazji, ale też do przesłania, jakie chciałabym wyrazić wobec tych, których nimi poczęstuję.
Kiedy chcę dobrej zabawy i miłego towarzystwa, mogę upiec ostre gwiazdki, które znajdziecie tutaj.
Bywają też dni, kiedy chcę przytulić cały świat, sprawić, aby chwila, którą uwieńczy zwykłe, kruche ciasteczko - była niezwykła. Dlatego, kiedy mieszałam składniki migdałowych ciasteczek, wiedziałam, że jedyna forma, w jakiej mogą zostać upieczone to wielkie serca :)
Przewrotne jest, że te wspaniałe, migdałowe serca odznaczają się wielką kruchością. Zupełnie tak, jak delikatne uczucia miłości, które nie dają się zmierzyć, zważyć, a czasem pękają w najmniej oczekiwanym momencie. Zawsze jednak chcemy ich doświadczać, chcemy poznać ich smak.
Smak ciasteczek możecie poznać o wiele łatwiej. Wystarczy, że zastosujecie się do przepisu, który znajdziecie poniżej :)
Mieszamy szklankę jasnej mąki orkiszowej z połową szklanki mąki migdałowej. Dosypujemy opakowanie cukru migdałowego, dodajemy jajo, pół łyżeczki proszku do pieczenia i około sto gram rozpuszczonego masła. Wyrabiamy szybko ciasto i wstawiamy je na pół godziny do lodówki.
Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni i wyciągamy stolnicę na stół. Rozwałkowujemy ciasto na grubość około 5 milimetrów i wykrawamy duże serca. Układamy je na papierze do pieczenia na dużej blasze i wstawiamy do piekarnika. Pamiętajcie, aby nie piec ich dłużej niż 15 minut. Jak to zwykle bywa, kiedy mamy do czynienia z mąką migdałową - zapach w domy jest niesamowity.Po kwadransie wykładamy serca na kratkę.
Jeśli potrzebujecie dużo miłości i chcecie poczuć się dopieszczeni proponuję zasiąść wygodnie przy stole. Ułożyć ciasteczka na talerzyku i smarować każde ulubioną konfiturą lub kremem. Migdałowe serce posmarowane kremem czekoladowym sprawi, że każdy poczuje się kochany i przytulony :)


niedziela, 26 stycznia 2014

Migdałowy czar

Mam nadzieję, że wybaczycie mi kolejny post o serniku :) Jest ich na blogu już całkiem sporo, jednak każdy, który piekę i wcale nie planuję opisywać, smakuje tak wyjątkowo, że zmieniam zdanie. Myślę też, że ktoś z tagowej chmury wybierze sobie zakładkę sernik i zdecyduje na co ma ochotę. A ja chcę, żeby miał z czego wybierać. Mam nadzieję, że każdy znajdzie coś dla siebie.
Dziś proponuję Wam sernik migdałowy. Po wskazówki co do składników, które stanowią podstawę sernika proszę zajrzyjcie do zakładki serniki. Podaję dziś tylko to co należy dodać lub zamienić.
Aby osiągnąć wyjątkowo esencjonalny wypiek musimy mieć kilka odsłon migdała: mąkę migdałową, płatki migdałowe oraz migdałowy cukier.
W klasycznym kruchym spodzie tarty zamieniamy zwykły cukier na opakowanie cukru migdałowego, a 1,5 szklanki mąki rozdzielamy na szklankę zwykłej mąki i pół szklanki mąki migdałowej.
Ciasto z mąką migdałową jest odrobinę mniej spójne i może być trudniej rozwałkować placek. Będzie się lekko kruszyć. Dlatego warto rozwałkować ciasto na papierze do pieczenia i przełożyć do formy na tartę, ewentualnie doklejając odłamane brzegi :) Możecie też upiec sernik w tortownicy, a ciasto rozłożyć tylko na spodzie.
Zależnie od tego w czym pieczecie sernik możecie użyć 500 lub 1000 gram sera. W niskiej formie na tartę lepiej sprawdzi się 500 gram. Ja użyłam 1000 gram, cztery jajka, kolejny cukier migdałowy plus dwie łyżki cukru pudru oraz dwie łyżki skrobi z tapioki. Masę wylewamy na podpieczony spód i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na około dwadzieścia minut. Po dwudziestu minutach można posypać sernik płatkami migdałowymi i piec go dalej przez około 10 minut.
Aromat migdałowy to jeden z tych, które uwielbiam w domu, tak jak cynamon czy wanilię.
A ten sernik spowoduje, że w całym domu zapachnie migdałowo :)


poniedziałek, 30 września 2013

Mus dyniowy czyli przyszedł czas na coś słodkiego

Mam dla Was pomysł, który warto wypróbować. Przede wszystkim dlatego, że mus dyniowy będzie uniwersalnym dodatkiem do wielu dań. Możecie zrobić z nim naleśniki lub omlety lub, tak jak ja, ciastka francuskie i tartę.
Z około 700 gram upieczonej dyni, dwóch bardzo dojrzałych fig robimy mus za pomocą blendera. Dodajemy dużą łyżkę pasty tahina. Ja mam z niełuskanego sezamu, ale każda będzie pasować. Dla dodania słodyczy użyjmy dwóch dużych łyżek miodu. Całość musimy dokładnie zmiksować. Jeśli uważacie taki zestaw za zbyt mdły, możecie podobnie jak ja, dodać łyżeczkę cynamonu, odrobinę kardamonu i odrobinę imbiru.
Powstanie coś w rodzaju bardzo delikatnego musu, który smakiem przypomina chałwę, tylko czy ktoś z Was słyszał o chałwie dyniowej? Od dziś już tak :)
Pierwszym wykorzystaniem musu było ciasto francuskie. Pokroiłam cały płat ciasta na trójkąty, na które wyłożyłam odrobinę pomarańczowej papki i zawinęłam prawie jak rogaliki (kształt ciasteczka jest dowolny, zróbcie takie, jakie lubicie najbardziej). Ciasteczka piekły się 25 minut w temperaturze 180 stopni. Osobno uprażyłam płatki migdałów, którymi posypałam jeszcze gorące słodkości.
A ponieważ do takich ciasteczek nie zużywa się zbyt wiele nadzienia, reszta musu została zmieszana z jajkiem i wyłożona na podpieczony kruchy spód i zapieczona wraz z nim. Na wierzch upieczonego i lekko ostudzonego ciasta nałożyłam śmietankę ubitą z cukrem migdałowym i połączoną z 70 gramami rozpuszczonej gorzkiej czekolady i posypałam płatkami migdałów.
I jak tu nie lubić jesieni, skoro oferuje nam tyle wspaniałych przysmaków :)




sobota, 28 września 2013

Muffinka ze śliwką dla niespodziewanych gości

Kiedy mają się pojawić niespodziewani goście trzeba dosyć szybko stworzyć w domu coś do kawy :) Chyba najbardziej niezawodne i szybkie w wykonaniu są muffiny. Zatem właśnie te maleńkie wypieki zrobiłam przed przyjściem gości.
Ponieważ mam 12 gniazdek do babeczek tyle też potrzebowałam śliwek. Wybierzcie słodkie, ale niezbyt soczyste. Śliwki kroimy na połówki i wyciągamy pestki. Przy pestkowaniu śliwek zwracajcie szczególną uwagę, czy pestki nie ukruszyły się lekko przy końcach, bo taka pozostałość może być niebezpieczna dla uzębienia spożywających :)
Babeczki upiekłam z mąki razowej orkiszowej, do której dodałam łyżkę karobu, żeby kolor był ładniejszy i bardziej intensywny. Dla lepszego wzrostu potrzebna jest łyżeczka sody. Z suchych składników została nam do dodania szczypta soli oraz cukier waniliowy.
"Mokra" miska to 1/3 szklanki oleju rzepakowego, pół szklanki mleka, jedno jajko i duża łyżka miodu.
Po zmieszaniu obu misek w całość wylewamy ciasto do foremek. Najpierw około łyżki ciasta, na które wkładamy pół śliwki, potem kolejna łyżka ciasta i na wierzch druga połówka śliwki.
Pieczemy muffiny przez około dwadzieścia minut w temperaturze 180 stopni. Studzimy na kratce. Do środka śliwki możecie nalać kilka kropli syropu klonowego.
Moim gościom smakowało, mam nadzieję, że i Wam uda się kogoś ugościć :)



środa, 28 sierpnia 2013

Mocna tarta z wisienką

Owoce z nalewki - bezcenne do ciast i muffinek. Tym razem otworzyłam słoik wiśni na spirytusie i zabrałam się za robotę :)
Spód tarty ściemniał od pokaźnej łychy karobu, ale miał też jasne piegi otrębów. Wszystko robione w wielkim pośpiechu, bo już za parę godzin wyjeżdżamy. Przed nami około 600 kilometrów autem, a z pustymi rękami nie można wyruszać. No i ta nowa forma do tarty - tyle chodzenia dookoła, a teraz nawet nie wypróbuję, tylko tak po prostu sobie wyjadę? Nie, nie i nie - pieczemy.
Spód się chłodzi, co do tego? Wiśnie z nalewki miksuję z cukrem migdałowym. Gorzką czekoladę rozpuszczam w kąpieli i mieszam z jogurtem naturalnym, żółtkiem, łyżką skrobi z tapioki i łyżką mąki orkiszowej . Białko ubijam na sztywno i mieszam delikatnie z masą. Na końcu dodaję do masy płatki migdałowe. Podpiekam ciemny spód i wylewam na gorący masę czekoladową. Całość piekę i dziesięć minut przed końcem czasu posypuję płatkami migdałowymi.
Aromat jest ostry, czuć mocno wiśnie na spirytusie i czekoladę, ale również migdał jest wyraźnie wyczuwalny.
Nowa forma do tarty spisała się idealnie, a kształt brzegów ułatwia wyjęcie ciasta, bez ryzyka pokruszenia. Próbujemy jeszcze ciepły wypiek, uch, wisienki prawie pieką w usta.
Ale już wiem, że możemy zabrać ciasto w drogę i poczęstować gospodarzy, bez ryzyka kompromitacji :)
Połowa tarty przemierza z nami pół Polski i trafia na gościnny stół. Chyba smakowało, bo zniknęło szybko, a ja piekłam jeszcze kolejne tarty na specjalne życzenie :)



środa, 19 czerwca 2013

Ciasto podwójny graham z truskawkami

Nie wiem, czy przygody w kuchni można porównać ze sztuką i twórczością, ale jedno jest pewne. To co czasem mnie ogarnia w związku z jakimś pomysłem kulinarnym śmiało można nazwać twórczym szałem :)
Dlaczego? Chociażby dlatego, że nic nie jest w stanie mnie powstrzymać przed realizacją. Tak było ostatnio, kiedy wymyśliłam sobie, że czas już upiec ciasto z truskawkami pod kruszonką. Niby prosta sprawa, tyle tylko, że prosta jest wtedy, kiedy macie wszystkie składniki i możecie się pochwalić przynajmniej średnią sprawnością rąk i głowy. Ja nie mogłam :)
Ze składnikami czasem jest problem, jeśli nie używacie w kuchni ogólnie dostępnych produktów. Ja nie używam :) Kilka lat temu zaczęłam się interesować tym co wkładam do koszyka w sklepie. Nie jestem restrykcyjną zwolenniczką zdrowej diety, ale świadomość ile chemii trafia do naszego organizmu otworzyła mi oczy na tyle, żeby stworzyć sobie pewne zasady. Jeśli jesteście ciekawi, piszcie w komentarzach, to opowiem Wam więcej pisząc o tym specjalny post na blogu.
A ten post jest o cieście. Ciasto jest z mąki. Ja kupuję mąkę orkiszową, ekologiczną, różne jej typy. Ale nie zawsze mam do niej dostęp. I tak było tym razem, nie mogłam kupić mąki orkiszowej, której używam do wszystkich wypieków, a w domu została tylko skromna jej szklanka. Do ciasta potrzebowałam dwóch szklanek mąki więc uzupełniłam braki mąką orkiszową graham.
W przepisie którym się inspirowałam  w składnikach znajdziecie jeszcze olej i mleko sojowe. Olej to olej, więc użyłam kokosowego rozpuszczonego do postaci płynnej. Mleka sojowego nie używam, więc zastąpiłam je jogurtem naturalnym i zwykłym mlekiem. I ograniczyłam ilość cukru brązowego.
Kruszonkę na ciasto również zrobiłam z mąki graham i oleju kokosowego i chciałabym Was do tego połączenia namawiać po raz kolejny, bo kto spróbuje takiej kruszonki, nie będzie chciał innej :) Dziesięć minut przed wyjęciem ciasta z piekarnika posypałam je płatkami migdałów.
Ciasto grahamowe jest cięższe, więc nie wyrasta na tak puszyste, jak pewnie jesteście przyzwyczajeni, ale taka odrobinę bardziej razowa wersja jest równie pyszna, a przy okazji bardziej sycąca, więc zamiast zjeść popijając zimnym mlekiem pół tortownicy ciasta za jednym zamachem, poczujecie się nasyceni już po jednym kawałku :)





sobota, 8 czerwca 2013

Trufelki, pralinki dla ... dziewczynki :)

Czekolada - czy ktoś z Was ma niemiłe skojarzenia, kiedy to słowo pojawia się w eterze?
Uwielbiam czekoladę. Szczególnie upodobałam sobie ostatnio jej wydanie gorzkie, najlepiej z co najmniej 90% kakao.
Wiecie już, że czekolada gorzka służy mi do wielu deserów, właściwie prawie nic nie dzieje się bez jej udziału. Tym razem postanowiłam zrobić pralinki, trufelki, po pierwsze dlatego, że mamy sezon urodzinowy, po drugie, chciałam wypróbować trufle własnej roboty. A do tego ich wykonanie sprawia wiele radości. Dookoła unosi się niesamowity zapach, dłonie mają pielęgnację niemal jak w SPA i myśl o tym, czy komuś sprawi radość taki prezent jeszcze bardziej podkręca do działania.
A jak się do nich zabrać? Ja klasycznie rozpuściłam czekoladę w kąpieli wodnej, dosłodziłam ją kilkoma łyżeczkami kajmaku, doprawiłam czarnym pieprzem, mielonym imbirem i kardamonem. Do czekolady dodałam serek mascarpone i wymieszałam całość mikserem, oczywiście niezbyt długo, tylko do połączenia się składników. Masę wstawiłam do lodówki. Po godzinie wyjęłam miskę i ulepiłam dłońmi małe kuleczki, które trafiły na talerze. Wstawiłam je do lodówki do dalszego schładzania. W ten sposób łatwo się je klei, a małe kawałki masy szybciej tężeją w lodówce. Minęło pół godziny i kulki były gotowe do dalszej obróbki.
Każdą ponownie uformowałam, do niektórych wsadziłam orzech lub migdał. Każda kulka wymaga obtoczenia. Ja do tego celu użyłam organicznego kakao, mocno zgniecionych migdałowych płatków i tak samo zgniecionych w moździerzu płatków kokosowych.
Gotowa pralinka trafiała w wygodną papilotkę, która oddzielała je od siebie i zabezpieczała przez zamienieniem się w bezkształtną "ciemną masę" :)
Wcześniej z kartonu wycięłam okrąg i zrobiłam klasyczną tutkę na cukierki :)
Oby tylko prezent się podobał :)





piątek, 17 maja 2013

Truskawkowe chmurki wolno płynące po waniliowym niebie...

Weekend. Pozwólmy naszej wyobraźni przenieść nas na Czekoladowy Dysk, nad którym po waniliowym niebie wolno przepływają truskawkowe chmury. Ułożeni wygodnie na kruchej brązowej ziemi możemy przyglądać się ich wędrówce, przegryzając odrobiny kruchej czekoladowej tarty :)
Jeśli udało Wam się już odpłynąć w ten bajkowy świat poleżcie sobie spokojnie pod tym słodkim niebem, spróbujcie złapać truskawkową chmurkę i maczając ją w niebiańskiej wanilii schrupać. Zaskoczy Was to czego nie widać z "ziemi" - chmurki pokryte są aromatycznymi, lekko podpieczonymi płatkami migdałów, a w najwyższej warstwie troposfery czeka ostatnie zjawisko meteorologiczne - polewa czekoladowa.
Ten świat pełen równowagi smaków wytrawnych i słodkich przyniesie ukojenie po tygodniu pracy i pozwoli wyruszyć w poszukiwaniu weekendowych przygód ze spokojem w głowie i błogością w ustach.
A dla tych, którzy chcieliby zobaczyć jak Czekoladowy Dysk wygląda z kosmosu, załączam zdjęcia  :)





środa, 17 kwietnia 2013

Kopanie babeczek :)

Zachciało mi się eksperymentów i się doigrałam . Ale nie żałuję :)
Bo w sumie, mimo że z punktu widzenia walorów estetycznych eksperyment nie należy do udanych, to względy smakowe oraz dalsza obróbka doprowadziły finalnie do udanego deseru.
Rzecz cała dotyczy wykorzystania do ciasta czerwonej fasolki zamiast mąki. Sami powiedzcie - kto nie pokusiłby się na spróbowanie, jak to działa i jak smakuje :)
Postanowiłam upiec babeczki czekoladowe. Ciasto robi się błyskawicznie, wystarczy tylko opłukać czerwoną fasolkę z zalewy, w której pływała sobie w puszce. Potem chwila na ocieknięcie i dalej wszystko już dzieje się błyskawicznie. Fasolkę, jajka, przyprawy korzenne, płatki migdałów, kakao i miód blendujemy do uzyskania gładkiej masy i przelewamy do foremek na muffiny.
Ja użyłam silikonowych. I w tym problem. Kolejna nieudana próba wykorzystania tych foremek utwierdziła mnie w konieczności ustawiania formy na dodatkowej blasze. Być może gazowy piekarnik po prostu oddaje im za duże temperatury i mimo, że tak nie powinno się zdarzyć, babeczki przywarły do formy.
Wyrosły pięknie, ale były bardzo delikatne i niestety, ładne zostały tylko wyrośnięte ponad formy kapelusze :) Reszta została przeze mnie wydłubana łyżeczką.
Najpierw było mi przykro, jak zawsze kiedy coś nie idzie zgodnie z planem. Ale po spróbowaniu kawałka ciastka odkryłam, że są tak pyszne, że trzeba koniecznie znaleźć im jakąś nową, piękną formę.
I udało się. Kapeluszki zostały zjedzone jako krótsza wersja babeczek, a całą resztę po jej ostygnięciu pokruszyłam na jeszcze mniejsze drobinki.
Tymi drobinkami wypełniłam dno pucharków na lody. Na tak wyłożone czekoladowe ciasto ułożyłam połówki moreli z puszki i przelałam ciasto odrobiną słodkiej zalewy. Na owoce wyłożyłam krem z mascarpone, migdałów i malin. Na wierzchu ułożyłam jeszcze kilka malinek ze słodkiego syropu i odstawiłam całość do lodówki.
Po obiedzie sięgnęliśmy po pucharki. Mniam, deser był rewelacyjny, wyjątkowy, no i nic się nie zmarnowało.
A następne fasolowe babeczki upiekę tak, żeby same wyskakiwały z foremek :) Bo są naprawdę pyszne i lekkie. Polecam.

Etap pierwszy:




Efekt końcowy:




czwartek, 21 marca 2013

Czeko ZEN :)

Wiosna przyszła tylko w kalendarzu, więc nie ma innej drogi, jak tylko podnosić się na duchu dostępnymi sposobami.
A jak wiadomo nastrój bardzo dobrze podnosi czekolada w każdej postaci. Oczywiście nie namawiam do pożerania tabliczki mlecznej czekolady na raz. Proponuję coś co potrwa dłużej, przyniesie lepsze efekty i nie jest aż tak wysoko kaloryczne.
Po pierwsze wszelkie żele i balsamy w łazience zamieńmy na te o czekoladowym zapachu. To od razu poprawia nastrój, jednocześnie nie powiększając obwodu talii :)
Po drugie - ciasto czekoladowe. Na obronę tego ciasta nadmienię, że jest z gorzkiej czekolady, cukru zawiera tylko pół szklanki i nie da się zjeść na raz więcej niż mały kawałek.
Bonusem jest zapach unoszący się w domu jeszcze długo po wyłączeniu piekarnika.
Ciasto możecie zjeść samo, albo jeśli nie boicie się kalorii, zróbcie krem. Wczoraj miałam dzień kulinarnej weny, więc do ciasta zrobiłam krem z serka mascarpone zmieszanego z wiśniami w zalewie amaretto.
Było bosko, nawet śnieg za oknem wydawał się śmietankowymi lodami prosto z nieba ... :)








czwartek, 7 marca 2013

Francuz w ciemności ;)

Ciasto francuskie jest jednym z tych produktów, którego praktyczności nie można przecenić. Można zrobić coś pysznego na obiad, albo jakiś deser. Wczoraj na obiad był ciąg dalszy buraczanego kremu, więc ciasto francuskie posłużyło jako słodkości.
Pokroiłam ciasto na kwadraciki o boku około 15 cm. Na każdym ułożyłam kawałek czekolady gorzkiej z pomarańczami, łyżeczkę serka mascarpone i parę migdałów w płatkach. Zawinęłam każde ciastko w formę paczuszki i wszystkie trafiły do gorącego piekarnika.
Po wyjęciu gorące ciastka przyozdobiłam delikatnie płynną czekoladą i posypałam odrobiną cukru waniliowego.
Kiedy przystąpiliśmy do konsumpcji zgasło światło na całym osiedlu :)
I muszę przyznać, że estetyka dania jest bardzo ważna. Ciastka pyszne, ale jedzone w ciemności może i dają więcej doznań smakowych (oczywiście jak już trochę wystygły, bo mascarpone w wersji z piekarnika jest niebezpieczny), ale jednak lubię widzieć co jem, docenić wygląd. Może jestem wzrokowcem :)
W każdym razie udało mi się zrobić zdjęcie zanim zgasły światła. A jak się zapaliły, to jedyne , co pozostało do sfotografowania to okruszki i ślady czekolady na talerzu i twarzach :)