Kiedy w domu jest ciepło jak w piekarniku, warto przemyśleć, co zrobimy na obiad. Oszczędźmy sobie długiego przebywania przy dodatkowym źródle ciepła jakim jest kuchenka :)
Dobrym rozwiązaniem jest danie jednogarnkowe, które gotuje się samo bez konieczności naszego stałego nadzoru. Takim daniem może być leczo. Na bazie białej papryki, możemy wyczarować różne aromatyczne pyszności.
Szykujemy duży rondel, łyżkę oleju kokosowego i parę bardzo cienkich i drobno pokrojonych plasterków chorizo (możemy zrobić to danie kompletnie pomijając chorizo). Na ciepły olej wrzucamy grubo pokrojone pieczarki i dusimy. W tym czasie kroimy drobno jedną papryczkę chili (jeśli chcecie ostrzejsze danie, skrójcie ją z pestkami). Białe papryki kroimy w grubą kostkę. Cukinie obieramy, kroimy wzdłuż na ćwiartki i kroimy w kostkę podobnej wielkości jak papryka. Obieramy ze skóry dojrzałe malinówki i również kroimy. Wszystkie warzywa wrzucamy do garnka i przyprawiamy. Dodałam świeże listki oregano, sól i pieprz, odrobinę kurkumy, zieloną czubricę, czosnek i kilka drobno pokrojonych suszonych pomidorów.
Mieszamy zawartość garnka i dusimy pod przykryciem na bardzo maleńkim ogniu.
Kiedy warzywa zmiękną, ale papryka pozostanie jeszcze lekko chrupka wyłączamy gaz. Kiedy leczo ostygnie, będzie lepiej smakowało, a przy tej pogodzie, będzie się łatwiej jadło coś, co nie paruje nam pod nosem :)
Do leczo wykorzystałam czerstwy chleb, który podpieczony na grillu świetnie pasował.
W taki upał idealnie z lekkim obiadem komponuje się bardzo zimne piwo :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oregano. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oregano. Pokaż wszystkie posty
środa, 9 lipca 2014
sobota, 25 stycznia 2014
Indyczy pasztet z parowaru
Polecam Wam dziś szybki sposób na zrobienie czegoś, co można potem na chlebku położyć :)
Zróbmy sobie niezły pasztet.
Filet z indyczego udźca mielimy bardzo dokładnie. Do mielonego mięsa dodajemy ulubione zioła. Ja przyprawiłam mięso tymiankiem, oregano, ziołami prowansalskimi, solą, pieprzem i kolendrą. Dodałam do miski jajo, dwie łyżki otrębów i wymieszaną masę odstawiłam do lodówki na pół godziny. W parowarze nastawiłam sporo wody. Tartaletki wypełniłam mięsem, które dobrze ugniotłam i wygładziłam. Każdą foremkę gotowałam na parze kwadrans. W foremce zebrało się odrobinę płynu, który odlałam.Paszteciki odstawiłam aby wystygły.
Przechowywać możecie je w foremkach, ale są na tyle zwarte, że równie dobrze możne wyjąc każdy i owinąć folią. Jak go podawać? Dokładnie tak jak zazwyczaj podajecie pasztet, na kanapce z ogórkiem lub pomidorem, a może w plastrach jako przekąskę do deski serów i ulubionego czerwonego wina.
Gotowanie na parze to bardzo szybki sposób na zrobienie pasztetu. Niestety pasztet równie szybko znika :)
środa, 13 listopada 2013
Kotlet warzyw pełen, zatopiony w pomidorowym sosie :)
Brokuł, ziemniaki, kalafior. Trzy składniki wielu różnych dań. Tym razem postanowiłam, że poddam je trochę dłuższej obróbce i zamienię na kotlety.
Na początek do parowaru trafił brokuł. Nie wrzuciłam wszystkich warzyw razem, ponieważ brokuł jest najbardziej delikatny i nie można go zbyt rozgotować. Kiedy brokuł lekko zmięknie, wymieniamy go w parowarze na ziemniaki i kalafior. Proporcje to jeden brokuł, jeden mały kalafior lub pół dużego, około 4 średnie ziemniaki.
Kiedy wszystkie warzywa są już odpowiednio miękkie studzimy je.
Podczas oczekiwania możecie zrobić sos. Może to być sos grzybowy, pieczarkowy, a ja tym razem zrobiłam sos pomidorowy, o mocno ziołowym akcencie. Do sosu potrzebowałam kubek bulionu, jeden kartonik sosu pomidorowego, małą łyżeczkę syropu z agawy, sól, pieprz, zioła prowansalskie i tymianek. Składniki gotujemy w rondelku. Do filiżanki wsypujemy łyżkę skrobi z tapioki i mieszamy ze śmietaną. Dolewamy odrobinę gorącego sosu, mieszamy i całość zawartości filiżanki wlewamy do rondelka z sosem. Zagotowujemy. Odstawiamy.
Kolejny krok to rozbicie warzyw na mniejsze cząstki. Można to zrobić np. drewnianą kulą do ciasta. Do warzyw dodajemy jajko, pęczek koperku, tarty żółty ser, filiżankę ugotowanego ryżu, bułkę tartą w ilości koniecznej do uzyskania konsystencji pozwalającej nam ulepić kotlety. I oczywiście przyprawiamy. To bardzo ważny moment. Użyłam kurkumy, kolendry, pieprzu cayenne, czosnku, soli, czarnego pieprzu, ostrej i słodkiej papryki.
Do smażenia polecam Wam jak zawsze olej kokosowy. Sprawdza się wyjątkowo dobrze, ładnie pachnie i nie pali się na patelni, mimo, że smażenie zajmie nam dłuższą chwilę.
Na patelni rozgrzewamy olej. Łyżką do zupy dozujemy porcję warzyw i formujemy dłońmi w kulkę, którą obtaczamy w bułce tartej, lekko spłaszczamy i układamy na patelni.
Obsmażamy kotleciki z obu stron na złocisty kolor. Podajemy polane sosem.
Polecam Wam ten przepis, chociaż jest odrobinę bardziej pracochłonny niż np. podanie warzyw ugotowanych na parze. Jednak efekt wart jest zachodu.
Kotlecików wychodzi sporo, możecie je zjeść na drugi dzień na zimno, np. na kolację. Dzięki użyciu oleju kokosowego nie jesteście narażeni na nieprzyjemne wrażenia związane z nadmiarem oleju na smażonych daniach. Aby uzyskać bardziej ozdobny wygląd kotlecików, brokuła nie musicie rozbijać wraz z kalafiorem i ziemniakami, tylko delikatnie rozdzielić go na różyczki i dodać je na końcu, tuż przed smażeniem.
Na początek do parowaru trafił brokuł. Nie wrzuciłam wszystkich warzyw razem, ponieważ brokuł jest najbardziej delikatny i nie można go zbyt rozgotować. Kiedy brokuł lekko zmięknie, wymieniamy go w parowarze na ziemniaki i kalafior. Proporcje to jeden brokuł, jeden mały kalafior lub pół dużego, około 4 średnie ziemniaki.
Kiedy wszystkie warzywa są już odpowiednio miękkie studzimy je.
Podczas oczekiwania możecie zrobić sos. Może to być sos grzybowy, pieczarkowy, a ja tym razem zrobiłam sos pomidorowy, o mocno ziołowym akcencie. Do sosu potrzebowałam kubek bulionu, jeden kartonik sosu pomidorowego, małą łyżeczkę syropu z agawy, sól, pieprz, zioła prowansalskie i tymianek. Składniki gotujemy w rondelku. Do filiżanki wsypujemy łyżkę skrobi z tapioki i mieszamy ze śmietaną. Dolewamy odrobinę gorącego sosu, mieszamy i całość zawartości filiżanki wlewamy do rondelka z sosem. Zagotowujemy. Odstawiamy.
Kolejny krok to rozbicie warzyw na mniejsze cząstki. Można to zrobić np. drewnianą kulą do ciasta. Do warzyw dodajemy jajko, pęczek koperku, tarty żółty ser, filiżankę ugotowanego ryżu, bułkę tartą w ilości koniecznej do uzyskania konsystencji pozwalającej nam ulepić kotlety. I oczywiście przyprawiamy. To bardzo ważny moment. Użyłam kurkumy, kolendry, pieprzu cayenne, czosnku, soli, czarnego pieprzu, ostrej i słodkiej papryki.
Do smażenia polecam Wam jak zawsze olej kokosowy. Sprawdza się wyjątkowo dobrze, ładnie pachnie i nie pali się na patelni, mimo, że smażenie zajmie nam dłuższą chwilę.
Na patelni rozgrzewamy olej. Łyżką do zupy dozujemy porcję warzyw i formujemy dłońmi w kulkę, którą obtaczamy w bułce tartej, lekko spłaszczamy i układamy na patelni.
Obsmażamy kotleciki z obu stron na złocisty kolor. Podajemy polane sosem.
Polecam Wam ten przepis, chociaż jest odrobinę bardziej pracochłonny niż np. podanie warzyw ugotowanych na parze. Jednak efekt wart jest zachodu.
Kotlecików wychodzi sporo, możecie je zjeść na drugi dzień na zimno, np. na kolację. Dzięki użyciu oleju kokosowego nie jesteście narażeni na nieprzyjemne wrażenia związane z nadmiarem oleju na smażonych daniach. Aby uzyskać bardziej ozdobny wygląd kotlecików, brokuła nie musicie rozbijać wraz z kalafiorem i ziemniakami, tylko delikatnie rozdzielić go na różyczki i dodać je na końcu, tuż przed smażeniem.
wtorek, 24 września 2013
Risotto dyniowe z cieciorką i pesto
Dynia tu, dynia tam, z dyni zrobisz milion dań :)
Idąc tym torem myślenia proponuję Wam dziś danie proste i smaczne.
Połowę sporej dyni wydrążyłam z pestek, dokładnie umyłam i pokroiłam na mniejsze kawałki. Blachę wyłożyłam papierem do pieczenia i poukładałam na nim kawałki dyni, które następnie spryskałam oliwą. Piekarnik nagrzałam do 200 stopni i wstawiłam dynię na około 45 minut.
Ponieważ była duża, powstaną z niej różne dania. Kawałki gorącej dyni posoliłam i zjadłam tak po prostu, bo pysznie smakowała. Z pozostałych kawałków odkroiłam skórę, która po upieczeniu praktycznie odchodzi sama i cały miąższ można wykorzystać. Dwa kawałki obranej dyni trafiły na masło na patelnię. Mocno doprawiłam pieprzem, chili, tymiankiem i czosnkiem i dorzuciłam puszkę ciecierzycy. Aby wzmocnić smak dodałam pesto kurkowe oraz połowę kostki sera feta. Na koniec na patelnię dorzuciłam aromatyczny ryż jaśminowy i tak powstało risotto. Danie to nie jest zbyt fotogeniczne, ale na talerzu wygląda apetycznie, dzięki swoim intensywnym barwom. Poza tym smak rekompensuje ewentualne ubytki w wyglądzie :)
Dla lepszego aromatu posypcie talerze świeżymi listkami oregano.
Idąc tym torem myślenia proponuję Wam dziś danie proste i smaczne.
Połowę sporej dyni wydrążyłam z pestek, dokładnie umyłam i pokroiłam na mniejsze kawałki. Blachę wyłożyłam papierem do pieczenia i poukładałam na nim kawałki dyni, które następnie spryskałam oliwą. Piekarnik nagrzałam do 200 stopni i wstawiłam dynię na około 45 minut.
Ponieważ była duża, powstaną z niej różne dania. Kawałki gorącej dyni posoliłam i zjadłam tak po prostu, bo pysznie smakowała. Z pozostałych kawałków odkroiłam skórę, która po upieczeniu praktycznie odchodzi sama i cały miąższ można wykorzystać. Dwa kawałki obranej dyni trafiły na masło na patelnię. Mocno doprawiłam pieprzem, chili, tymiankiem i czosnkiem i dorzuciłam puszkę ciecierzycy. Aby wzmocnić smak dodałam pesto kurkowe oraz połowę kostki sera feta. Na koniec na patelnię dorzuciłam aromatyczny ryż jaśminowy i tak powstało risotto. Danie to nie jest zbyt fotogeniczne, ale na talerzu wygląda apetycznie, dzięki swoim intensywnym barwom. Poza tym smak rekompensuje ewentualne ubytki w wyglądzie :)
Dla lepszego aromatu posypcie talerze świeżymi listkami oregano.
niedziela, 4 sierpnia 2013
Calafiornia dreaming :)
Pewien dorodny kalafior przykuł ostatnio moją uwagę na straganie. Wyróżniał się, był idealny. Do domu wróciliśmy razem ;)
Postanowiliśmy spędzić trochę czasu w kuchni, wspólnie gotując. Tu dla kalafiora zaczęła się prawdziwa przygoda. Rozdrobniony na mniejsze cząstki zażył sauny w parowarze. Zmiękł i dał się rozdrobnić kulą do ciasta na całkiem małe kawałeczki. Dla rozrywki dostał przyprawy i towarzystwo. Przyprawy to sól, pieprz, zielona czubrica, kurkuma, sos sojowy i świeże listki oregano. Towarzyszami tej przygody była drobno pokrojona kula mozzarelli, jajko, czosnek, otręby i mąka. Dla lepszego zmiksowania w imprezie udział wzięła oliwa z oliwek.
Kolejny etap - relaks na gorących piaskach, tfu- papierze do pieczenia. Blacha wyłożona papierem pokryta została płasko kalafiorową masą. Stylizacja się jednak nie skończyła - wizualne efekty wyczarowały plastry kiełbasy chorizo, kontrastowo przykryte kawałkami kolejnej porcji mozzarelli. Całość posypana posiekaną cebulą, pokrojonymi czarnymi oliwkami i przyprawiona kolendrą. Brzuch piekarnika gościnnie i ciepło zaopiekował się całością przez jakieś trzydzieści minut. Po takich atrakcjach kalafior musiał odsapnąć posypany szczypiorem i natką pietruszki. Wrócił do mnie odmieniony, pyszny i piękny. Stylizacja się udała :)
Postanowiliśmy spędzić trochę czasu w kuchni, wspólnie gotując. Tu dla kalafiora zaczęła się prawdziwa przygoda. Rozdrobniony na mniejsze cząstki zażył sauny w parowarze. Zmiękł i dał się rozdrobnić kulą do ciasta na całkiem małe kawałeczki. Dla rozrywki dostał przyprawy i towarzystwo. Przyprawy to sól, pieprz, zielona czubrica, kurkuma, sos sojowy i świeże listki oregano. Towarzyszami tej przygody była drobno pokrojona kula mozzarelli, jajko, czosnek, otręby i mąka. Dla lepszego zmiksowania w imprezie udział wzięła oliwa z oliwek.
Kolejny etap - relaks na gorących piaskach, tfu- papierze do pieczenia. Blacha wyłożona papierem pokryta została płasko kalafiorową masą. Stylizacja się jednak nie skończyła - wizualne efekty wyczarowały plastry kiełbasy chorizo, kontrastowo przykryte kawałkami kolejnej porcji mozzarelli. Całość posypana posiekaną cebulą, pokrojonymi czarnymi oliwkami i przyprawiona kolendrą. Brzuch piekarnika gościnnie i ciepło zaopiekował się całością przez jakieś trzydzieści minut. Po takich atrakcjach kalafior musiał odsapnąć posypany szczypiorem i natką pietruszki. Wrócił do mnie odmieniony, pyszny i piękny. Stylizacja się udała :)
Tagi:
chili,
chorizo,
czosnek,
graham,
jajka,
kalafior,
ketjap manis,
kolendra,
mozzarella,
obiad,
oliwa,
oliwki,
oregano,
orkisz,
otręby,
przekąska,
szczypiorek,
zapiekanka
sobota, 27 lipca 2013
Bób po raz pierwszy - czyli zapiekanka z bobem i innym warzywem :)
Nęciły mnie ostatnio woreczki z bobem, które łypały zielonymi ślepiami za każdym razem kiedy robiłam zakupy warzywne. Skusić się, czy się nie skusić, spróbować, czy nie spróbować. To kolejne warzywo, którego nie znam z czasów dzieciństwa, ponieważ moja mama go nie kupowała. Ale już tyle nowości wprowadziłam do kuchni, które są o wiele bardziej egzotyczne, niż te swojskie fasolki, że postanowiłam również i tym razem spróbować.
Po ugotowaniu bobu na parze i obraniu go z łupin spróbowałam. Hmmm, nie dla mnie skubanie bobu z miseczki, zdecydowanie smak muszę czymś przełamać.
Zadanie jest proste - do parowaru wrzucam pokrojone w grubsze plastry ziemniaki, kalafior i fasolkę szparagową. Szykuję naczynie do zapiekania, spryskuje całość oliwą i układam warstwy. Podstawą jest parę cienkich plasterków boczku, na które wykładam ziemniaki, przyprawiam solą i rozkładam parę listków rozmarynu. Okrągłe cząstki kalafiora tnę w grube plastry i układam na ziemniakach, posypuję fasolką szparagową. W blenderze mieszam jogurt naturalny, dwa jajka, połowę kostki fety, łyżkę czerwonego pesto, łyżeczkę kurkumy, duży zmiażdżony ząbek czosnku i listki oregano. Zalewam mieszanką warzywa, rozsypuje na wierzchu bób i leciutko przyprawiam czarnuszką i zieloną czubricą. Na całość dodaję pokrojoną jedną kulkę mozzarelli.
Tak przygotowaną zapiekankę wkładam na 35 minut do piekarnika. Dziesięć minut przed końcem zapiekania odkrywam naczynie, żeby odparować nadmiar płynów.
O ile sam bób mnie nie zachwycił, dodanie go do zapiekanki okazało się bardzo dobrym pomysłem. Z resztą warzyw smak się ładnie zrównoważył, a do tego niewątpliwie zielony bób jest ozdobą.
Po ugotowaniu bobu na parze i obraniu go z łupin spróbowałam. Hmmm, nie dla mnie skubanie bobu z miseczki, zdecydowanie smak muszę czymś przełamać.
Zadanie jest proste - do parowaru wrzucam pokrojone w grubsze plastry ziemniaki, kalafior i fasolkę szparagową. Szykuję naczynie do zapiekania, spryskuje całość oliwą i układam warstwy. Podstawą jest parę cienkich plasterków boczku, na które wykładam ziemniaki, przyprawiam solą i rozkładam parę listków rozmarynu. Okrągłe cząstki kalafiora tnę w grube plastry i układam na ziemniakach, posypuję fasolką szparagową. W blenderze mieszam jogurt naturalny, dwa jajka, połowę kostki fety, łyżkę czerwonego pesto, łyżeczkę kurkumy, duży zmiażdżony ząbek czosnku i listki oregano. Zalewam mieszanką warzywa, rozsypuje na wierzchu bób i leciutko przyprawiam czarnuszką i zieloną czubricą. Na całość dodaję pokrojoną jedną kulkę mozzarelli.
Tak przygotowaną zapiekankę wkładam na 35 minut do piekarnika. Dziesięć minut przed końcem zapiekania odkrywam naczynie, żeby odparować nadmiar płynów.
O ile sam bób mnie nie zachwycił, dodanie go do zapiekanki okazało się bardzo dobrym pomysłem. Z resztą warzyw smak się ładnie zrównoważył, a do tego niewątpliwie zielony bób jest ozdobą.
Tagi:
bób,
czarnuszka,
czosnek,
fasolka,
jajka,
jogurt naturalny,
kalafior,
kurkuma,
mozzarella,
obiad,
oregano,
parowar,
pesto,
ser feta,
zapiekanka,
ziemniaki
czwartek, 18 lipca 2013
Wypaśna surówka i miodowo-czosnkowy kurczak z grilla
Udało się, dom wzbogacił się o kolejne sprzęty kuchenne. Robot ma wiele przystawek i na razie podchodzę do niego ostrożnie. Sokowirówka już sprawdzona, ale to chyba nie będzie nasz faworyt, chociaż sok z marchwi i jabłka wyciskany w domu można raz na jakiś czas wypić. Bardziej przypadła mi do gustu wyciskarka do cytrusów, bo takie soki lubię najbardziej, a i wykorzystanie materiału wydaje mi się wydajniejsze.
Wczoraj do zrobienia surówki postanowiłam wypróbować malakser. I to jest to. Polubimy się na pewno i będziemy często ze sobą pracować :)
Pięknie poszatkował mega miks warzywny, w którego skład weszły: marchew, cebula, kalafior, szczypior, świeże zioła, czosnek i czarne oliwki. Surówka wyglądała jak colesław, tylko skład znacząco odbiegał od oryginału. Jako dressing wykorzystałam olej sezamowy, sos z limonki, kolendrę, czarnuszkę, sól, pieprz, dwie łyżki jogurtu naturalnego i łyżeczkę musztardy.
Surówka wyszła na bogato, ale to nie koniec obiadu :) Bo w lodówce już się marynowały pocięte w paski piersi kurczaka w zalewie miodowo-czosnkowej z kurkumą. Po godzinie trafiły na nasz kolejny nowy nabytek, czyli grilla elektrycznego. Cudne urządzenie, duże, ale zgrabne i bardzo szybko można na nim przyrządzić jedzenie. Dodatkowo posiada szklaną pokrywę, dzięki czemu nie ma obaw, że mięso wyjdzie suche.
W najbliższym czasie muszę upolować dorodnego bakłażana, który też trafi na grill.
A na razie obiad już gotowy. Dopełnieniem jest odrobina ryżu jaśminowego. Obiad zjedliśmy w milczeniu - całkowicie pochłonęło nas delektowanie się smakiem :)
Wczoraj do zrobienia surówki postanowiłam wypróbować malakser. I to jest to. Polubimy się na pewno i będziemy często ze sobą pracować :)
Pięknie poszatkował mega miks warzywny, w którego skład weszły: marchew, cebula, kalafior, szczypior, świeże zioła, czosnek i czarne oliwki. Surówka wyglądała jak colesław, tylko skład znacząco odbiegał od oryginału. Jako dressing wykorzystałam olej sezamowy, sos z limonki, kolendrę, czarnuszkę, sól, pieprz, dwie łyżki jogurtu naturalnego i łyżeczkę musztardy.
Surówka wyszła na bogato, ale to nie koniec obiadu :) Bo w lodówce już się marynowały pocięte w paski piersi kurczaka w zalewie miodowo-czosnkowej z kurkumą. Po godzinie trafiły na nasz kolejny nowy nabytek, czyli grilla elektrycznego. Cudne urządzenie, duże, ale zgrabne i bardzo szybko można na nim przyrządzić jedzenie. Dodatkowo posiada szklaną pokrywę, dzięki czemu nie ma obaw, że mięso wyjdzie suche.
W najbliższym czasie muszę upolować dorodnego bakłażana, który też trafi na grill.
A na razie obiad już gotowy. Dopełnieniem jest odrobina ryżu jaśminowego. Obiad zjedliśmy w milczeniu - całkowicie pochłonęło nas delektowanie się smakiem :)
poniedziałek, 15 lipca 2013
Muffiny ziołowe - śniadaniowe
Jak zawsze w weekendy śniadanie musi być wyjątkowe. W sobotę było wyjątkowe bo zamiast śniadania był sernik, ale w niedzielę takiej destrukcji dietetycznej nie powtórzyłam.
Jednak też było smacznie i nawet nie na słodko :)
Po wielu trudnych doświadczeniach z sylikonowymi foremkami do muffinków, z dziwnym wzorem na spodzie, postanowiłam wreszcie zakupić klasyczne formy metalowe. Nowy nabytek dotarł w piątek do domu, ale dopiero w niedzielę przyszedł czas na jego wypróbowanie.
Postanowiłam upiec muffiny wytrawne, podglądałam parę przykładów na blogach i połączyłam oba testy w jeden eksperyment.
Do mąki dodałam otręby, ziarna słonecznika, kawałek pokruszonej fety, drobno pokrojone czarne oliwki, świeżo zerwaną garść liści oregano i tymianku, mleko i ostrą oliwę chilli oraz dwa jajka. Wymieszałam wszystkie składniki szybko i wyłożyłam do foremek. Piekarnik już się rozgrzewał kiedy mieszałam składniki, więc wstawiłam blaszkę na 25 minut do pieczenia.
Takie wypieki to ja rozumiem, już po dziesięciu minutach w domu rozszedł się zapach ziołowy. Od razu poczułam, że już najwyższy czas na śniadanie.
Podczas kiedy babeczki studziły się na kratce, pokroiłam pomidora, posypałam go posiekanym szczypiorem i przyprawiłam do smaku. Dla ładniejszej kompozycji dołożyłam jeszcze pokrojoną rzodkiewkę. Na talerz trafiły dwie muffinki, tylko w wersji dla Głodomorka zostały jeszcze przystrojone jego ulubionym ostatnio sosem czosnkowym (nic nie poradzę, lubi to je :))
Na drugie śniadanie zjedliśmy jeszcze po muffinie już na zimno, też bardzo fajnie smakowały. Jedno co mogę już dziś powiedzieć, to że następne będę piekła z zielonymi oliwkami, bo jako dodatek do ciasta dadzą intensywniejszy smak, który świetnie się nadaje do tego zestawienia. Muszę też wypróbować inne przyprawy.
Cieszę się, że wreszcie mam w czym piec muffinki, bo to kolejny wypiek, którego wariacji jest nieskończona ilość. Gdyby tylko mógł znów być weekend :)
Jednak też było smacznie i nawet nie na słodko :)
Po wielu trudnych doświadczeniach z sylikonowymi foremkami do muffinków, z dziwnym wzorem na spodzie, postanowiłam wreszcie zakupić klasyczne formy metalowe. Nowy nabytek dotarł w piątek do domu, ale dopiero w niedzielę przyszedł czas na jego wypróbowanie.
Postanowiłam upiec muffiny wytrawne, podglądałam parę przykładów na blogach i połączyłam oba testy w jeden eksperyment.
Do mąki dodałam otręby, ziarna słonecznika, kawałek pokruszonej fety, drobno pokrojone czarne oliwki, świeżo zerwaną garść liści oregano i tymianku, mleko i ostrą oliwę chilli oraz dwa jajka. Wymieszałam wszystkie składniki szybko i wyłożyłam do foremek. Piekarnik już się rozgrzewał kiedy mieszałam składniki, więc wstawiłam blaszkę na 25 minut do pieczenia.
Takie wypieki to ja rozumiem, już po dziesięciu minutach w domu rozszedł się zapach ziołowy. Od razu poczułam, że już najwyższy czas na śniadanie.
Podczas kiedy babeczki studziły się na kratce, pokroiłam pomidora, posypałam go posiekanym szczypiorem i przyprawiłam do smaku. Dla ładniejszej kompozycji dołożyłam jeszcze pokrojoną rzodkiewkę. Na talerz trafiły dwie muffinki, tylko w wersji dla Głodomorka zostały jeszcze przystrojone jego ulubionym ostatnio sosem czosnkowym (nic nie poradzę, lubi to je :))
Na drugie śniadanie zjedliśmy jeszcze po muffinie już na zimno, też bardzo fajnie smakowały. Jedno co mogę już dziś powiedzieć, to że następne będę piekła z zielonymi oliwkami, bo jako dodatek do ciasta dadzą intensywniejszy smak, który świetnie się nadaje do tego zestawienia. Muszę też wypróbować inne przyprawy.
Cieszę się, że wreszcie mam w czym piec muffinki, bo to kolejny wypiek, którego wariacji jest nieskończona ilość. Gdyby tylko mógł znów być weekend :)
piątek, 28 czerwca 2013
Batat i indyk w klopsie
Walka o polubienie batatów trwa. Coraz bardziej się do nich przekonuję. Nawet wymyśliłam sobie całkiem autorski i nie inspirowany niczym przepis na pieczeń lub bardziej swojsko - klops - z tego warzywa.
Dwa średnie bataty umyte i obrane ścieramy na tarce o drobnych oczkach wraz z cebulą i dwiema marchewkami. Pulpę mieszamy z mięsem mielonym, ja tym razem użyłam mielonej piersi indyczej.
Doprawiłam masę dosyć ostrymi przyprawami, bo i łyżeczką sambala i łyżką sosu imbirowego, a także odrobiną tandori masali. Z mniej ostrych przypraw użyłam kuminu, soli i czarnego pieprzu, pokrojonych w plasterki 3 ząbków czosnku oraz całkiem sporej ilości posiekanych świeżych ziół. Podczas mieszania dodałam duże wiejskie jajko, dwie łyżki koncentratu pomidorowego i odrobinę bułki tartej.
Dwie sylikonowe keksówki wyłożyłam na dnie ugotowaną na parze fasolką szparagową. Na fasolkę wyłożyłam masę mięsno-warzywną.
Obie formy przykryłam folią aluminiową i wstawiłam do nagrzanego na 180 stopni piekarnika. Po czterdziestu minutach zdjęłam z form folię i wstawiłam je do piekarnika na kolejne dwadzieścia minut i podkręciłam temperaturę do 195 stopni.
Kiedy klopsy były gotowe wyłożyłam je obracając do góry nogami na talerz. Dzięki temu zyskałam element ozdobny - fasolkę szparagową.
Pokrojone w plastry kawałki pieczeni powędrowały na talerze. Pychota - połączenie słodkiego batata z mocno pikantnymi przyprawami w takiej formie daje możliwość silnego przeniknięcia się smaków. A dodatkowo takie połączenie powoduje, że mięso z indyka nie jest suche. Klops wyszedł bardzo delikatny i wilgotny. Lubię mieć tak smaczne pomysły :)
niedziela, 16 czerwca 2013
Zapiekanka "nie wykwintna" ;)
Dziś postanowiłam zakończyć tydzień porządkami w lodówce. Zazwyczaj w niedzielę gotuję coś wyjątkowego, tym razem też się udało, ale do wykwintnych tej zapiekanki nie zaliczę. Chociażby ze względu na niedowierzanie Głodomorka, kiedy dowiedział się, że w zapiekance będzie kapusta :)
Jak więc zabrać się za zapiekankę? Do parowaru wrzucam ćwiartkę młodej kapustki i dwa młodziutkie pory. Gotuję je 5 minut i zastępuję je młodymi ziemniakami i marchwią.
W tym czasie obcinam całkiem pokaźny bukiecik ziół i tnę je drobno. Przyjemność niesamowita - aromat ziół rozchodzi się po kuchni.
Do lekko wysmarowanego oliwą naczynia żaroodpornego zaczynam wykładać warstwy zapiekanki - pierwsze trafiają ziemniaczki i marchew, posypuję warstwę ziołami. Na nie wykładam poszatkowaną kapustkę i pory. Przykrywam warzywa odrobiną pokruszonej fety, posypuję papryką i czosnkiem. Teraz pora na bardzo cienko pokrojoną kiełbasę, której naprawdę dajemy odrobinę, tylko dla dodatkowego aromatu.
Całość zalewamy beszamelem i rozkładamy jedną, pokrojoną w plastry mozzarellę. Posypujemy papryką, czarnuszką i pieprzem i zakrywamy. Naczynie wkładamy do rozgrzanego piekarnika na około 25 minut. Zapiekanka najlepiej smakuje kiedy nie jest już gorąca, dlatego ja wstawiłam ją trochę wcześniej, żeby dać jej czas nabrać aromatu i smaków.
Z czerwonym winem smakowała wyśmienicie i w sumie, dość wykwintnie :)
Obraz poniżej jest mało wykwintny, bo przypomniałam sobie o konieczności zrobienia zdjęcia po konsumpcji :)
Jak więc zabrać się za zapiekankę? Do parowaru wrzucam ćwiartkę młodej kapustki i dwa młodziutkie pory. Gotuję je 5 minut i zastępuję je młodymi ziemniakami i marchwią.
W tym czasie obcinam całkiem pokaźny bukiecik ziół i tnę je drobno. Przyjemność niesamowita - aromat ziół rozchodzi się po kuchni.
Do lekko wysmarowanego oliwą naczynia żaroodpornego zaczynam wykładać warstwy zapiekanki - pierwsze trafiają ziemniaczki i marchew, posypuję warstwę ziołami. Na nie wykładam poszatkowaną kapustkę i pory. Przykrywam warzywa odrobiną pokruszonej fety, posypuję papryką i czosnkiem. Teraz pora na bardzo cienko pokrojoną kiełbasę, której naprawdę dajemy odrobinę, tylko dla dodatkowego aromatu.
Całość zalewamy beszamelem i rozkładamy jedną, pokrojoną w plastry mozzarellę. Posypujemy papryką, czarnuszką i pieprzem i zakrywamy. Naczynie wkładamy do rozgrzanego piekarnika na około 25 minut. Zapiekanka najlepiej smakuje kiedy nie jest już gorąca, dlatego ja wstawiłam ją trochę wcześniej, żeby dać jej czas nabrać aromatu i smaków.
Z czerwonym winem smakowała wyśmienicie i w sumie, dość wykwintnie :)
Obraz poniżej jest mało wykwintny, bo przypomniałam sobie o konieczności zrobienia zdjęcia po konsumpcji :)
Tagi:
beszamel,
czarnuszka,
kapusta,
kolendra,
mozzarella,
obiad,
oregano,
parowar,
pory,
przekąska,
rozmaryn,
ser feta,
tymianek,
zapiekanka,
ziemniaki
Subskrybuj:
Posty (Atom)










