Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oliwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oliwa. Pokaż wszystkie posty
środa, 1 października 2014
Pasztecik, krakersik - kasza jaglana w ataku :)
Ciekawe, jak idzie Wam rzucanie cukru? Wiem, że niełatwe postawiłam przed Wami zadanie, jeśli jednak walczycie o wygraną, dajcie mi znać w komentarzach. Chciałabym wiedzieć jak sobie radzicie, czego najtrudniej jest unikać, a czym zastępujecie białego zabójcę :)
Gdybyście nie mieli co zrobić z rękami wchodząc do kuchni i starając się nie sięgać do szuflady po czekoladę (lepiej pozbyć się pokus wcześniej), zajmijcie się czymś pożytecznym, co potem będziecie jeszcze mogli schrupać z zadowoleniem.
Proponuję Wam upieczenie krakersików z kaszy jaglanej. Dziś wersja słona, którą możecie używać jako przegryzki, pieczywa lub, przy mniejszym stopniu wypieczenia - jak pasztetu.
Gotujemy kaszę jaglaną, dobrze ją najpierw płucząc wodą, aż przestanie się pienić (nie chcemy gorzkiego smaku), potem kaszę studzimy i odmierzamy dwie filiżanki do miski. Do kaszy dodajemy na początek około 10 łyżek mąki gryczanej lub kukurydzianej (ja użyłam polenty). Potrzebne będą 4 łyżki skrobi, u mnie klasycznie z tapioki. Żeby ciasto nie było zbyt suche dodajemy filiżankę świeżo wyciśniętego soku, np z jabłek lub mieszanego z marchwią. U mnie był sam jabłkowy. Żeby nie powstał twardy placek dodajemy dwie łyżki oliwy z oliwek, A dla wspaniałego smaku i aromatu - przyprawy. I teraz zależnie od naszych preferencji przyprawiamy, czym lubimy najbardziej. Ja dodałam dwie łyżeczki różowej soli himalajskiej, płaską łyżkę kurkumy, słodkiej papryki i pół łyżeczki pieprzu kajeńskiego. Tak przygotowane składniki blendowałam, aż powstała śliczna, żółta, gładka masa, która dała się ulepić dłońmi w kulę. Gdyby wyszło coś zbyt kleistego, możecie dosypać jeszcze łyżkę mąki której użyliście wcześniej.
Rozgrzewamy piekarnik do 185 stopni. Przygotowujemy blachę rozkładając na niej papier do pieczenia. Rozpłaszczamy kulę dłońmi i rozkładamy na płaski placek. Posypujemy czarnuszką i wkładamy do piekarnika. Po około 25 minutach możecie wyjąć żółty, nakrapiany placek. Pyszny jest na ciepło, ale również na drugi dzień, spełnia rewelacyjnie rolę chleba.
I jak? Już pewnie odechciało Wam się słodyczy, teraz ślinka cieknie na myśl o jaglanym chlebku.
środa, 14 maja 2014
Majowe grillowanie - bakłażan i kurczak z pesto
Mimo, że bohaterem posta miało być grillowanie, pesto skradło całkowicie uwagę. Dzieje się tak, gdy spróbuję czegoś co okazuje się niewiarygodnie wprost pyszne. Dotąd kupowałam pesto i to okazjonalnie, najczęściej czerwone, ponieważ zielona papka ze słoiczka nigdy nie zachwyciła moich kubków smakowych. Dopiero próba zrobienia własnego pesto pokazała z jak doskonałym dodatkiem mam do czynienia :)
Zarówno jako jedyny dodatek do makaronu jak i dip do innego dania, pesto warte jest uwagi. Przy okazji robimy je szybko i łatwo. Można je robić w moździerzu, jednak w ramach oszczędności czasu polecam Wam malakser. Do misy wrzucamy dużą garść świeżo zerwanych liści bazylii, dodajemy dwa ząbki czosnku, łyżkę orzeszków pinii oraz dwie łyżki dobrej oliwy z oliwek i łyżkę tartego parmezanu. Miksujemy całość aż powstanie zielona papka, konsystencje możecie wybrać zgodnie z Waszymi upodobaniami. Dodajemy odrobinę soli i świeżo zmielonego czarnego pieprzu. Pamiętajcie, że jeśli odstawiacie pesto musicie pokryć je dobrze w pojemniczku warstwą oliwy, aby składniki się nie utleniały. Można też zrobić pesto tuż przed podaniem, jeśli np. dodajemy je do makaronu.
W przypadku grillowania pesto zrobiłam wcześniej, aby później móc zjeść je z ciepłym kurczakiem.
Po pierwsze jednak bakłażan. Kroimy go wzdłuż na około półcentymetrowe plastry, solimy i odstawiamy. W tym czasie pierś z kurczaka również kroimy wzdłuż na paseczki, marynujemy w ulubionych przyprawach i odstawiamy do lodówki.
Płuczemy bakłażana, osuszamy ręcznikiem papierowym i grillujemy z obu stron aż zmięknie. Układamy plastry jeden na drugim na talerzu, skrapiając każdą warstwę oliwą, np. czosnkową.
Po bakłażanie przyszedł moment na szybkie grillowanie paseczków kurczaka. Kiedy są już gotowe, na talerzach układamy plastry bakłażana, na niego po kawałku kurczaka i ozdabiamy pesto. Dopełnieniem dania może być ryż. Wspaniały wiosenny obiad :)
niedziela, 16 lutego 2014
Ciasteczka przegryzki - spicy stars :)
Nie samymi słodyczami człowiek żyje. Zapotrzebowanie na wszelakiego rodzaju słone przegryzki w naszym domu jest dość duże. Skoro prawie wszystkie kupne paluszki i krakersy zostały skreślone z listy zakupów, czas wyczarować własne smakołyki.
Przyszedł mi do głowy pomysł na ostre gwiazdeczki - jakkolwiek to brzmi :)
Ostre gwiazdeczki to ciasteczka z pełnoziarnistej mąki orkiszowej z dodatkiem mąki gryczanej, dobrze przyprawione. Przegryzka bardzo smaczna i wciągająca, a dodatkowo - zdrowa. Mieszamy szklankę mąki pełnoziarnistej z połową szklanki mąki gryczanej i przyprawami. Tu oczywiście zależnie od tego na co macie ochotę, możecie zmieszać swoje ulubione przyprawy. U mnie powiało trochę orientalnymi zapachami, ale nie tylko. Mieszanka przypraw składała się z łyżeczki soli himalajskiej, ćwiartki łyżeczki pieprzu kajeńskiego, połowy łyżeczki garam masali oraz łyżeczki kurkumy. Do ciasta potrzebujemy jeszcze jedno jajo i tłuszcz. Tym razem wybrałam oliwę z oliwek - porządne pół szklanki załatwiło sprawę. Wyrobione w kulę ciasto kwadrans spędziło w zamrażarce, po czym zostało rozwałkowane na dosyć gruby, pięciomilimetrowy placek. Za pomocą foremki możecie wykrajać dowolne kształty, ja postawiłam oczywiście na gwiazdki :) ostre gwiazdki :)
Piekarnik powinien być nagrzany do około 180 stopni, ciasteczka pieczemy maksymalnie kwadrans. W kuchni zaczyna pachnieć przyprawami. Gotowe gwiazdki wykładamy na kratkę i studzimy. Kiedy całkiem wystygną możemy zjeść je same lub z dipem. Tak czy inaczej warto mieć pod ręką szklaneczkę wody, a może lepiej piwo :)
Przyszedł mi do głowy pomysł na ostre gwiazdeczki - jakkolwiek to brzmi :)
Ostre gwiazdeczki to ciasteczka z pełnoziarnistej mąki orkiszowej z dodatkiem mąki gryczanej, dobrze przyprawione. Przegryzka bardzo smaczna i wciągająca, a dodatkowo - zdrowa. Mieszamy szklankę mąki pełnoziarnistej z połową szklanki mąki gryczanej i przyprawami. Tu oczywiście zależnie od tego na co macie ochotę, możecie zmieszać swoje ulubione przyprawy. U mnie powiało trochę orientalnymi zapachami, ale nie tylko. Mieszanka przypraw składała się z łyżeczki soli himalajskiej, ćwiartki łyżeczki pieprzu kajeńskiego, połowy łyżeczki garam masali oraz łyżeczki kurkumy. Do ciasta potrzebujemy jeszcze jedno jajo i tłuszcz. Tym razem wybrałam oliwę z oliwek - porządne pół szklanki załatwiło sprawę. Wyrobione w kulę ciasto kwadrans spędziło w zamrażarce, po czym zostało rozwałkowane na dosyć gruby, pięciomilimetrowy placek. Za pomocą foremki możecie wykrajać dowolne kształty, ja postawiłam oczywiście na gwiazdki :) ostre gwiazdki :)
Piekarnik powinien być nagrzany do około 180 stopni, ciasteczka pieczemy maksymalnie kwadrans. W kuchni zaczyna pachnieć przyprawami. Gotowe gwiazdki wykładamy na kratkę i studzimy. Kiedy całkiem wystygną możemy zjeść je same lub z dipem. Tak czy inaczej warto mieć pod ręką szklaneczkę wody, a może lepiej piwo :)
środa, 9 października 2013
Ciasteczka owsiane, jesienne, z sezamem :)
Już chyba od zeszłego Bożego Narodzenia miałam w planach pieczenie ciasteczek. Nie miałam żadnego sprawdzonego przepisu, więc temat odkładał się w czasie. Aż do wczoraj... Udało się chyba głównie dlatego, że w szafce stała mąka owsiana, którą koniecznie chciałam zamienić w takie wypieki.
Do dwóch szklanek mąki owsianej dodałam szklankę otrębów owsianych, pół filiżanki ziarenek sezamu, dwie duże łyżki pasty tahina, pół łyżeczki stewii w pudrze (naturalna, bez żadnych dodatków), dwa jajka, pół filiżanki rozpuszczonego oleju kokosowego oraz pół filiżanki oliwy z oliwek.
Ciasto powstało zwarte, jednak z powodu otrębów i sezamu nie było zbyt gładkie.
Pół godziny odpoczywało w lodówce, po czym jeszcze raz je wyrobiłam i odrywając w miarę równe kawałki, rozgniatałam na dłoni jak małe kuleczki plasteliny. Takie ciasto możecie również rozwałkować niezbyt cienko i wykrajać dowolne kształty foremkami.
Porozkładałam ciasteczka na przygotowanej i wyłożonej papierem do pieczenia blasze. Było ich około 30 sztuk. Piekłam dwadzieścia minut w temperaturze 180 stopni. Układajcie je blisko siebie, nie rosną i nie przeszkadzają sobie podczas wypiekania :)
Bardzo mocno sezamowy wieczór zapewniły nam zapachy z piekarnika.
A do podusi pochrupaliśmy ciasteczka popijane kakao :)
Ponieważ przepis powstawał na bieżąco, jest pierwszym ale nie ostatnim pomysłem na ciasteczka, będę go tylko modyfikować i ulepszać :)
Do dwóch szklanek mąki owsianej dodałam szklankę otrębów owsianych, pół filiżanki ziarenek sezamu, dwie duże łyżki pasty tahina, pół łyżeczki stewii w pudrze (naturalna, bez żadnych dodatków), dwa jajka, pół filiżanki rozpuszczonego oleju kokosowego oraz pół filiżanki oliwy z oliwek.
Ciasto powstało zwarte, jednak z powodu otrębów i sezamu nie było zbyt gładkie.
Pół godziny odpoczywało w lodówce, po czym jeszcze raz je wyrobiłam i odrywając w miarę równe kawałki, rozgniatałam na dłoni jak małe kuleczki plasteliny. Takie ciasto możecie również rozwałkować niezbyt cienko i wykrajać dowolne kształty foremkami.
Porozkładałam ciasteczka na przygotowanej i wyłożonej papierem do pieczenia blasze. Było ich około 30 sztuk. Piekłam dwadzieścia minut w temperaturze 180 stopni. Układajcie je blisko siebie, nie rosną i nie przeszkadzają sobie podczas wypiekania :)
Bardzo mocno sezamowy wieczór zapewniły nam zapachy z piekarnika.
A do podusi pochrupaliśmy ciasteczka popijane kakao :)
Ponieważ przepis powstawał na bieżąco, jest pierwszym ale nie ostatnim pomysłem na ciasteczka, będę go tylko modyfikować i ulepszać :)
piątek, 20 września 2013
Lazurowe wspomnienie lata :)
Na Lazurowe Wybrzeże się niestety w najbliższym czasie nie wybieram, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby obiad wzbogacić serem lazurem :)
Tak jak wymyśliłam, tak też zrobiłam :)
Tarta z mąki graham, tym razem tłuszcz to pół na pół masło i oliwa z oliwek. Do smaku sól, pieprz i zioła prowansalskie. Ciasto jak zawsze rozwałkowujemy na formę i wstawiamy na pół godziny do lodówki.
W tym czasie gotujemy na parze brokuła, a na maśle przysmażamy pieczarki. Potrzebny jest nam również sos pomidorowy. Ja zrobiłam go mieszając sos pomidorowy z kartonika (pół opakowania) z odrobiną koncentratu pomidorowego, jajkiem, świeżymi ziołami, sosem ketjap manis i odrobiną syropu z agawy.
W tym czasie spód się podpiekł. Zalałam go sosem i poukładałam na nim, przekrojone w poprzek kawałki brokuła, tak samo przekrojone małe drobiowe kiełbaski, na to plastry sera lazur, a całość posypałam pieczarkami. Aby potrawa była gotowa potrzeba jeszcze dwadzieścia minut w piekarniku.
Później wystarczy ćwiartkę tarty przystroić sałatą, polać oliwą lub ulubionym sosem i gotowe - Lazurowe Wybrzeże na Waszym talerzu :)
Tak jak wymyśliłam, tak też zrobiłam :)
Tarta z mąki graham, tym razem tłuszcz to pół na pół masło i oliwa z oliwek. Do smaku sól, pieprz i zioła prowansalskie. Ciasto jak zawsze rozwałkowujemy na formę i wstawiamy na pół godziny do lodówki.
W tym czasie gotujemy na parze brokuła, a na maśle przysmażamy pieczarki. Potrzebny jest nam również sos pomidorowy. Ja zrobiłam go mieszając sos pomidorowy z kartonika (pół opakowania) z odrobiną koncentratu pomidorowego, jajkiem, świeżymi ziołami, sosem ketjap manis i odrobiną syropu z agawy.
W tym czasie spód się podpiekł. Zalałam go sosem i poukładałam na nim, przekrojone w poprzek kawałki brokuła, tak samo przekrojone małe drobiowe kiełbaski, na to plastry sera lazur, a całość posypałam pieczarkami. Aby potrawa była gotowa potrzeba jeszcze dwadzieścia minut w piekarniku.
Później wystarczy ćwiartkę tarty przystroić sałatą, polać oliwą lub ulubionym sosem i gotowe - Lazurowe Wybrzeże na Waszym talerzu :)
środa, 4 września 2013
Pieprzna zupa na jesienne ochłodzenie
Bardzo nie lubię takich nagłych zapaści pogodowych. Jesień jesienią, ale czy nie mogłaby przyjść łagodnie? W końcu i tak mało kto na nią czeka :)
Aby przetrwać te pierwsze jesienne chłody proponuję Wam dziś rozgrzewającą zupę pełną warzyw, ziół i zaostrzoną sporą dawką świeżo zmielonego czarnego pieprzu.
Zupa jest w pełni wege, więc bulion też jest z samych warzyw. Bulion miałam gotowy wcześniej, pozostało tylko zabrać się za pozostałą zawartość garnka. Najpierw pokroiłam kawałek pora bardzo drobno i w rondlu zeszkliłam go na oliwie z oliwek. Do tak aromatycznej mieszanki wlałam bulion, do którego dodałam pokrojoną marchew i ziemniaki. Kiedy warzywa trochę zmiękły dodałam pokrojoną w kostkę cukinię i podzielonego na mniejsze cząstki brokuła oraz pół puszki ciecierzycy. Przyprawiłam kolendrą, świeżym tymiankiem i oregano oraz posoliłam do smaku. Do zupy dodałam jeszcze drobny makaron. Kiedy zupa była już prawie gotowa dosypałam sporą ilość czarnego pieprzu.
Zupa kolorowo wdzięczy się z miseczki. W jej zielonej toni widać wesołe pomarańczki marchewki oraz beżowe kuleczki cieciorki. Delikatny smak za chwilę rozgrzewa silnym aromatem pieprzu i trochę szczypie swoją ostrością.
Po takiej zupie pogoda za oknem staje się mniej groźna, wraca ochota na spacery. Poza tym słońce zaczęło się znów przedzierać spod ciężkiej pokrywy chmur. Lato wracaj...
Aby przetrwać te pierwsze jesienne chłody proponuję Wam dziś rozgrzewającą zupę pełną warzyw, ziół i zaostrzoną sporą dawką świeżo zmielonego czarnego pieprzu.
Zupa jest w pełni wege, więc bulion też jest z samych warzyw. Bulion miałam gotowy wcześniej, pozostało tylko zabrać się za pozostałą zawartość garnka. Najpierw pokroiłam kawałek pora bardzo drobno i w rondlu zeszkliłam go na oliwie z oliwek. Do tak aromatycznej mieszanki wlałam bulion, do którego dodałam pokrojoną marchew i ziemniaki. Kiedy warzywa trochę zmiękły dodałam pokrojoną w kostkę cukinię i podzielonego na mniejsze cząstki brokuła oraz pół puszki ciecierzycy. Przyprawiłam kolendrą, świeżym tymiankiem i oregano oraz posoliłam do smaku. Do zupy dodałam jeszcze drobny makaron. Kiedy zupa była już prawie gotowa dosypałam sporą ilość czarnego pieprzu.
Zupa kolorowo wdzięczy się z miseczki. W jej zielonej toni widać wesołe pomarańczki marchewki oraz beżowe kuleczki cieciorki. Delikatny smak za chwilę rozgrzewa silnym aromatem pieprzu i trochę szczypie swoją ostrością.
Po takiej zupie pogoda za oknem staje się mniej groźna, wraca ochota na spacery. Poza tym słońce zaczęło się znów przedzierać spod ciężkiej pokrywy chmur. Lato wracaj...
niedziela, 4 sierpnia 2013
Calafiornia dreaming :)
Pewien dorodny kalafior przykuł ostatnio moją uwagę na straganie. Wyróżniał się, był idealny. Do domu wróciliśmy razem ;)
Postanowiliśmy spędzić trochę czasu w kuchni, wspólnie gotując. Tu dla kalafiora zaczęła się prawdziwa przygoda. Rozdrobniony na mniejsze cząstki zażył sauny w parowarze. Zmiękł i dał się rozdrobnić kulą do ciasta na całkiem małe kawałeczki. Dla rozrywki dostał przyprawy i towarzystwo. Przyprawy to sól, pieprz, zielona czubrica, kurkuma, sos sojowy i świeże listki oregano. Towarzyszami tej przygody była drobno pokrojona kula mozzarelli, jajko, czosnek, otręby i mąka. Dla lepszego zmiksowania w imprezie udział wzięła oliwa z oliwek.
Kolejny etap - relaks na gorących piaskach, tfu- papierze do pieczenia. Blacha wyłożona papierem pokryta została płasko kalafiorową masą. Stylizacja się jednak nie skończyła - wizualne efekty wyczarowały plastry kiełbasy chorizo, kontrastowo przykryte kawałkami kolejnej porcji mozzarelli. Całość posypana posiekaną cebulą, pokrojonymi czarnymi oliwkami i przyprawiona kolendrą. Brzuch piekarnika gościnnie i ciepło zaopiekował się całością przez jakieś trzydzieści minut. Po takich atrakcjach kalafior musiał odsapnąć posypany szczypiorem i natką pietruszki. Wrócił do mnie odmieniony, pyszny i piękny. Stylizacja się udała :)
Postanowiliśmy spędzić trochę czasu w kuchni, wspólnie gotując. Tu dla kalafiora zaczęła się prawdziwa przygoda. Rozdrobniony na mniejsze cząstki zażył sauny w parowarze. Zmiękł i dał się rozdrobnić kulą do ciasta na całkiem małe kawałeczki. Dla rozrywki dostał przyprawy i towarzystwo. Przyprawy to sól, pieprz, zielona czubrica, kurkuma, sos sojowy i świeże listki oregano. Towarzyszami tej przygody była drobno pokrojona kula mozzarelli, jajko, czosnek, otręby i mąka. Dla lepszego zmiksowania w imprezie udział wzięła oliwa z oliwek.
Kolejny etap - relaks na gorących piaskach, tfu- papierze do pieczenia. Blacha wyłożona papierem pokryta została płasko kalafiorową masą. Stylizacja się jednak nie skończyła - wizualne efekty wyczarowały plastry kiełbasy chorizo, kontrastowo przykryte kawałkami kolejnej porcji mozzarelli. Całość posypana posiekaną cebulą, pokrojonymi czarnymi oliwkami i przyprawiona kolendrą. Brzuch piekarnika gościnnie i ciepło zaopiekował się całością przez jakieś trzydzieści minut. Po takich atrakcjach kalafior musiał odsapnąć posypany szczypiorem i natką pietruszki. Wrócił do mnie odmieniony, pyszny i piękny. Stylizacja się udała :)
Tagi:
chili,
chorizo,
czosnek,
graham,
jajka,
kalafior,
ketjap manis,
kolendra,
mozzarella,
obiad,
oliwa,
oliwki,
oregano,
orkisz,
otręby,
przekąska,
szczypiorek,
zapiekanka
sobota, 3 sierpnia 2013
Skandaliczne gołąbki z bakłażana z chili :)
Skandal, skandal! - zakrzykną w duchu obrońcy klasyki :) Gołąbki to gołąbki, tu trzeba kapusty, potrzebny jest ryż. Nic z tego, bo dziś serwuję Wam zupełnie inną postać gołąbków.
Przy okazji jest to danie jarskie, więc na próżno wypatrywać w nich chociaż odrobiny mielonego mięsa. Cóż to zatem za cudaki? :)
Bakłażana kroimy w podłużne plastry, które solimy i odstawiamy na chwilę. Cukinię kroimy w cieniutkie plasterki i w ten sam sposób kroimy jedną średnią cebulę.
Gotujemy kaszę orkiszową, a kiedy już się ugotuje i lekko ostygnie mieszamy ją z serem feta, czerwonym pesto, zielonym groszkiem i drobno posiekaną papryczką chili bez pestek. Przyprawiamy do smaku.
W tym czasie grillujemy warzywa. Z cukinii powinny powstać delikatne płatki, które stracą swoją okrągłą formę. Najlepiej grillować je na płaskiej powierzchni, bo z grillowej siatki trudno je zdjąć. Możecie też grillować grubsze plastry, np. około pół centymetrowe.
Kiedy bakłażan jest już gotowy, każdy plaster smarujemy z jeden strony oliwką z czosnkiem i układamy jedne na drugim, aby wszystkie były lekko natłuszczone.
Za chwilę zabieramy jeden plaster i na jego szerszym końcu układamy łyżkę kaszy i zawijamy. Z jednego dorodnego bakłażana powinniśmy otrzymać około ośmiu gołąbków :)
Układamy je na talerzach, dekorując cukinią i cebulą. Ponieważ są dosyć ostre, podajmy je z paroma listkami sałat bez dodatkowych ostrych sosów. Całe danie możemy skropić delikatnie sokiem z limonki.
Oberżyna to świetny schowek na różnego rodzaju farsze, a do tego grillowana pięknie się roluje :) No i bardzo lubi czosnek. Do tego dania dobrym dopełnieniem byłby jeszcze kawałek pomarańczy, niestety z powodu upałów priorytetem było wyciskanie soku z cytrusów. Może następnym razem dodam taki akcent.
Przy okazji jest to danie jarskie, więc na próżno wypatrywać w nich chociaż odrobiny mielonego mięsa. Cóż to zatem za cudaki? :)
Bakłażana kroimy w podłużne plastry, które solimy i odstawiamy na chwilę. Cukinię kroimy w cieniutkie plasterki i w ten sam sposób kroimy jedną średnią cebulę.
Gotujemy kaszę orkiszową, a kiedy już się ugotuje i lekko ostygnie mieszamy ją z serem feta, czerwonym pesto, zielonym groszkiem i drobno posiekaną papryczką chili bez pestek. Przyprawiamy do smaku.
W tym czasie grillujemy warzywa. Z cukinii powinny powstać delikatne płatki, które stracą swoją okrągłą formę. Najlepiej grillować je na płaskiej powierzchni, bo z grillowej siatki trudno je zdjąć. Możecie też grillować grubsze plastry, np. około pół centymetrowe.
Kiedy bakłażan jest już gotowy, każdy plaster smarujemy z jeden strony oliwką z czosnkiem i układamy jedne na drugim, aby wszystkie były lekko natłuszczone.
Za chwilę zabieramy jeden plaster i na jego szerszym końcu układamy łyżkę kaszy i zawijamy. Z jednego dorodnego bakłażana powinniśmy otrzymać około ośmiu gołąbków :)
Układamy je na talerzach, dekorując cukinią i cebulą. Ponieważ są dosyć ostre, podajmy je z paroma listkami sałat bez dodatkowych ostrych sosów. Całe danie możemy skropić delikatnie sokiem z limonki.
Oberżyna to świetny schowek na różnego rodzaju farsze, a do tego grillowana pięknie się roluje :) No i bardzo lubi czosnek. Do tego dania dobrym dopełnieniem byłby jeszcze kawałek pomarańczy, niestety z powodu upałów priorytetem było wyciskanie soku z cytrusów. Może następnym razem dodam taki akcent.
niedziela, 28 lipca 2013
Wielka jagoda w akcji - czyli grillowanie bakłażana ;)
Przyznam się, chociaż pewnie nie dla każdego będzie to zrozumiałe - przyznam się, że grill kupiłam głównie z myślą o bakłażanie :) Odkąd miałam okazję spróbować grillowanego bakłażana marynowanego w oliwie z czosnkiem, cały czas marzyłam, że będę mogła zrobić takiego samego kiedy tylko najdzie mnie ochota. Oczywiście jak już mam grilla to nie mogłam trafić na ładny okaz oberżyny w sklepie :) Cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Jednak nie było wyjścia jak tylko poczekać. I wreszcie mam, kupiłam dwa piękne duże okazy. Jeden z nich dokładnie umyłam, odkroiłam końcówki i pokroiłam w podłużne, raczej cienkie plastry. Każdy plaster posoliłam i odstawiłam, aż puściły soki.
W tym czasie piersi z kurczaka pokroiłam w kostkę, cebulę pokroiłam w plastry, a czerwoną paprykę w kawałki i nabiłam na patyczki do grilla. Gotowe do grillowania szaszłyki przyprawiłam.
Na rozgrzany grill poukładałam plastry bakłażana i szaszłyki.
Szaszłyki wymagają więcej czasu, żeby mięso, mocno ściśnięte pomiędzy warzywami, nie było surowe. Ale oberżynę musimy szybko przekładać na drugą stronę i ściągać z grilla, zastępując kolejnymi, czekającymi plasterkami.
W głębokim talerzu zrobiłam zalewę z ostrej oliwy, czosnku, kolendry i limonki. Jeszcze gorące plastry maczałam w niej z obu stron i odkładałam jeden na drugim, żeby przeszły aromatem.
W parowarze ugotowała się fasolka szparagowa. Bez żadnego przyprawiania strączków przełożyłam po 3 lub 4 sztuki na plaster oberżyny i zawinęłam w ruloniki.
Wyłożyłam na talerze gotowe zawijasy, w tym czasie również szaszłyki przypiekły się i były gotowe.
Do takiego dania świetnie smakują tzatziki, więc wcześniej wymieszałam jogurt z fetą i czosnkiem i wkroiłam ogórek. Ależ pyszny był ten obiad. Na szczęście w lodówce czeka jeszcze jedna wielka czarna jagoda :)
W tym czasie piersi z kurczaka pokroiłam w kostkę, cebulę pokroiłam w plastry, a czerwoną paprykę w kawałki i nabiłam na patyczki do grilla. Gotowe do grillowania szaszłyki przyprawiłam.
Na rozgrzany grill poukładałam plastry bakłażana i szaszłyki.
Szaszłyki wymagają więcej czasu, żeby mięso, mocno ściśnięte pomiędzy warzywami, nie było surowe. Ale oberżynę musimy szybko przekładać na drugą stronę i ściągać z grilla, zastępując kolejnymi, czekającymi plasterkami.
W głębokim talerzu zrobiłam zalewę z ostrej oliwy, czosnku, kolendry i limonki. Jeszcze gorące plastry maczałam w niej z obu stron i odkładałam jeden na drugim, żeby przeszły aromatem.
W parowarze ugotowała się fasolka szparagowa. Bez żadnego przyprawiania strączków przełożyłam po 3 lub 4 sztuki na plaster oberżyny i zawinęłam w ruloniki.
Wyłożyłam na talerze gotowe zawijasy, w tym czasie również szaszłyki przypiekły się i były gotowe.
Do takiego dania świetnie smakują tzatziki, więc wcześniej wymieszałam jogurt z fetą i czosnkiem i wkroiłam ogórek. Ależ pyszny był ten obiad. Na szczęście w lodówce czeka jeszcze jedna wielka czarna jagoda :)
poniedziałek, 15 lipca 2013
Muffiny ziołowe - śniadaniowe
Jak zawsze w weekendy śniadanie musi być wyjątkowe. W sobotę było wyjątkowe bo zamiast śniadania był sernik, ale w niedzielę takiej destrukcji dietetycznej nie powtórzyłam.
Jednak też było smacznie i nawet nie na słodko :)
Po wielu trudnych doświadczeniach z sylikonowymi foremkami do muffinków, z dziwnym wzorem na spodzie, postanowiłam wreszcie zakupić klasyczne formy metalowe. Nowy nabytek dotarł w piątek do domu, ale dopiero w niedzielę przyszedł czas na jego wypróbowanie.
Postanowiłam upiec muffiny wytrawne, podglądałam parę przykładów na blogach i połączyłam oba testy w jeden eksperyment.
Do mąki dodałam otręby, ziarna słonecznika, kawałek pokruszonej fety, drobno pokrojone czarne oliwki, świeżo zerwaną garść liści oregano i tymianku, mleko i ostrą oliwę chilli oraz dwa jajka. Wymieszałam wszystkie składniki szybko i wyłożyłam do foremek. Piekarnik już się rozgrzewał kiedy mieszałam składniki, więc wstawiłam blaszkę na 25 minut do pieczenia.
Takie wypieki to ja rozumiem, już po dziesięciu minutach w domu rozszedł się zapach ziołowy. Od razu poczułam, że już najwyższy czas na śniadanie.
Podczas kiedy babeczki studziły się na kratce, pokroiłam pomidora, posypałam go posiekanym szczypiorem i przyprawiłam do smaku. Dla ładniejszej kompozycji dołożyłam jeszcze pokrojoną rzodkiewkę. Na talerz trafiły dwie muffinki, tylko w wersji dla Głodomorka zostały jeszcze przystrojone jego ulubionym ostatnio sosem czosnkowym (nic nie poradzę, lubi to je :))
Na drugie śniadanie zjedliśmy jeszcze po muffinie już na zimno, też bardzo fajnie smakowały. Jedno co mogę już dziś powiedzieć, to że następne będę piekła z zielonymi oliwkami, bo jako dodatek do ciasta dadzą intensywniejszy smak, który świetnie się nadaje do tego zestawienia. Muszę też wypróbować inne przyprawy.
Cieszę się, że wreszcie mam w czym piec muffinki, bo to kolejny wypiek, którego wariacji jest nieskończona ilość. Gdyby tylko mógł znów być weekend :)
Jednak też było smacznie i nawet nie na słodko :)
Po wielu trudnych doświadczeniach z sylikonowymi foremkami do muffinków, z dziwnym wzorem na spodzie, postanowiłam wreszcie zakupić klasyczne formy metalowe. Nowy nabytek dotarł w piątek do domu, ale dopiero w niedzielę przyszedł czas na jego wypróbowanie.
Postanowiłam upiec muffiny wytrawne, podglądałam parę przykładów na blogach i połączyłam oba testy w jeden eksperyment.
Do mąki dodałam otręby, ziarna słonecznika, kawałek pokruszonej fety, drobno pokrojone czarne oliwki, świeżo zerwaną garść liści oregano i tymianku, mleko i ostrą oliwę chilli oraz dwa jajka. Wymieszałam wszystkie składniki szybko i wyłożyłam do foremek. Piekarnik już się rozgrzewał kiedy mieszałam składniki, więc wstawiłam blaszkę na 25 minut do pieczenia.
Takie wypieki to ja rozumiem, już po dziesięciu minutach w domu rozszedł się zapach ziołowy. Od razu poczułam, że już najwyższy czas na śniadanie.
Podczas kiedy babeczki studziły się na kratce, pokroiłam pomidora, posypałam go posiekanym szczypiorem i przyprawiłam do smaku. Dla ładniejszej kompozycji dołożyłam jeszcze pokrojoną rzodkiewkę. Na talerz trafiły dwie muffinki, tylko w wersji dla Głodomorka zostały jeszcze przystrojone jego ulubionym ostatnio sosem czosnkowym (nic nie poradzę, lubi to je :))
Na drugie śniadanie zjedliśmy jeszcze po muffinie już na zimno, też bardzo fajnie smakowały. Jedno co mogę już dziś powiedzieć, to że następne będę piekła z zielonymi oliwkami, bo jako dodatek do ciasta dadzą intensywniejszy smak, który świetnie się nadaje do tego zestawienia. Muszę też wypróbować inne przyprawy.
Cieszę się, że wreszcie mam w czym piec muffinki, bo to kolejny wypiek, którego wariacji jest nieskończona ilość. Gdyby tylko mógł znów być weekend :)
wtorek, 2 lipca 2013
Indyk na kruchym kokosowym grahamie :)
Kokosowa tarta graham. Jako wypełnienie do tarty posłużyło mi mielone z piersi indyczej, wcześniej zamarynowane z ziołami i balsamico, pieczarki, młode pory i mozzarella. Pieczarki niezbyt drobno pokrojone lekko zblanszowałam na patelni z dodatkiem odrobiny soli i pieprzu. Pory ugotowałam na parze. Mięso krótko podsmażyłam.
Kiedy spód od tarty się upiekł posmarowałam go łyżką ziołowego koncentratu pomidorowego, wysypałam mięso, pieczarki i pory. Na wierzch ułożyłam plastry sera i posypałam przyprawami.
Do tarty podałam miks sałat i kiełki, wszystko lekko polane ostrą oliwą.
Przed decyzją o użyciu do ciasta oleju kokosowego musicie wiedzieć, że potrawa ma aromat kokosanki i jeśli nie bardzo lubicie połączenia kokosu z wytrawnym daniem, zamieńcie ten olej na inny tłuszcz. Nam ten aromat bardzo odpowiadał :)
Kiedy spód od tarty się upiekł posmarowałam go łyżką ziołowego koncentratu pomidorowego, wysypałam mięso, pieczarki i pory. Na wierzch ułożyłam plastry sera i posypałam przyprawami.
Do tarty podałam miks sałat i kiełki, wszystko lekko polane ostrą oliwą.
Przed decyzją o użyciu do ciasta oleju kokosowego musicie wiedzieć, że potrawa ma aromat kokosanki i jeśli nie bardzo lubicie połączenia kokosu z wytrawnym daniem, zamieńcie ten olej na inny tłuszcz. Nam ten aromat bardzo odpowiadał :)
środa, 12 czerwca 2013
Słodkie piekło :)
Batat, patat, słodki ziemniak, wilec ziemniaczany - to moje drugie podejście do tego warzywa. Dopiero drugie, bo jego smak w jakiś dziwny sposób kojarzy mi się z bobofrutami wystanymi przez mamę w kolejkach w tych ciężkich, topornych czasach :) Bobofruty bardzo lubiłam, tylko one mi się kojarzyły tylko i wyłącznie z owocami. A tu taki niby ziemniaczek, kolorek taki podejrzany, smak jeszcze bardziej, nie do końca jestem przekonana. Ale przekora każe próbować. I pomysł zacny w głowie się narodził. Cóż więc robić, czas się zabierać za zapiekanką.
Udka z kurczaka drobno pokrojone marynuję w soku z limonki, kolendrze, chili, czosnku, soli i pieprzu. Batata obieram. Dołącza do niego kilka ziemniaków klasycznych :) dwie duże marchewki i dwa młodziutkie pory. Korzenie kroję w plasterki, marchew w poprzeczne. Układam plastry w parowarze i gotuję pięć minut.
Na patelni na oleju kokosowym szklę pora posiekanego w cieniutkie plasterki, dorzucam do niego zamarynowane udka. Na końcu dodaję koncentrat pomidorowy i dosładzam syropem z agawy.
Piekarnik się już nagrzewa, a ja spryskuje oliwą naczynie żaroodporne i rozkładam jak puzzle elementy zapiekanki :)
Pierwsza warstwa to bataty, które dodatkowo posypuję odrobiną soli i tymianku, na to pierwsza warstwa udek i ziemniaki, które też delikatnie posypuję solą i dodaję szczodrze tymianek. Kolejna warstwa mięsa i wieńczę dzieło prostokątami marchwi. Marchewka uwielbia czosnek, więc doprawiam ją czosnkiem i trochę dla ozdoby, a bardziej dla aromatu układam w centralnym punkcie gałązkę rozmarynu.
Żeby całość nie była za sucha, polewam wszystko delikatnie ostrą oliwą.
Zapiekanka w piekarniku spędziła tylko 25 minut. Porcje na talerzach posypałam czarnuszką i czarnym pieprzem.
O mizerii jak zawsze, nie muszę nawet wspominać :)
Udka z kurczaka drobno pokrojone marynuję w soku z limonki, kolendrze, chili, czosnku, soli i pieprzu. Batata obieram. Dołącza do niego kilka ziemniaków klasycznych :) dwie duże marchewki i dwa młodziutkie pory. Korzenie kroję w plasterki, marchew w poprzeczne. Układam plastry w parowarze i gotuję pięć minut.
Na patelni na oleju kokosowym szklę pora posiekanego w cieniutkie plasterki, dorzucam do niego zamarynowane udka. Na końcu dodaję koncentrat pomidorowy i dosładzam syropem z agawy.
Piekarnik się już nagrzewa, a ja spryskuje oliwą naczynie żaroodporne i rozkładam jak puzzle elementy zapiekanki :)
Pierwsza warstwa to bataty, które dodatkowo posypuję odrobiną soli i tymianku, na to pierwsza warstwa udek i ziemniaki, które też delikatnie posypuję solą i dodaję szczodrze tymianek. Kolejna warstwa mięsa i wieńczę dzieło prostokątami marchwi. Marchewka uwielbia czosnek, więc doprawiam ją czosnkiem i trochę dla ozdoby, a bardziej dla aromatu układam w centralnym punkcie gałązkę rozmarynu.
Żeby całość nie była za sucha, polewam wszystko delikatnie ostrą oliwą.
Zapiekanka w piekarniku spędziła tylko 25 minut. Porcje na talerzach posypałam czarnuszką i czarnym pieprzem.
O mizerii jak zawsze, nie muszę nawet wspominać :)
wtorek, 28 maja 2013
Bakman zapiekany - czyli największa jagoda świata :)
Bakman, bakłażan, oberżyna - różnie nazywamy lśniącą ciemną jagodę, psiankę podłużną.
Zawsze robi na mnie wrażenie głębia koloru tej rośliny. Kupowanie bakłażanów jest zawsze doznaniem estetycznym i dużą przyjemnością. Oczywiście lubię także ich smak.
Bardzo smakują mi grillowane bakłażany marynowane później w mocno czosnkowej zalewie z oliwy i przypraw.
Uwielbiam leczo z bakłażanem.
Ale najbardziej podkreśla ich wygląd i kolor skórki zapiekanie przepołowionych oberżyn z różnym nadzieniem.
W weekend, w związku z zapotrzebowaniem wyrażonym buntem na szparagi przez Głodomorka, nadzienie musiało być mięsne :)
Mielone z indyka świetnie się nadaje do takich zadań. Zostało więc zamarynowane z dużą ilością świeżo przyciętych z doniczek ziółek wraz z oliwą z oliwek i sambalem.
Po kilku godzinach mięso trafiło na patelnię z pieczarkami i szczypiorkiem.
Tym czasem przekroiłam wzdłuż bakłażany i usunęłam miąższ pozostawiając zaledwie około centymetra przy skórze. Do tego celu świetnie nadaje się metalowa łyżka do lodów. Wielokrotnie wykorzystywałam ją do wszelkich akcji wydrążeniowych w kuchni :) W końcu nie musi tylko drążyć opakowania lodów :)
Łódeczki z bakłażanów posypałam dość obficie wewnątrz solą i pozostawiłam na chwilę, aby pozbyć się goryczy.
Kiedy farsz był już gotowy wytarłam papierowymi ręcznikami płyn, który pojawił się na warzywach dzięki soli.
Blachę wyłożyłam papierem do pieczenie i delikatnie pokryłam oliwą, skórkę łódeczek posmarowałam ostrą oliwą, wnętrze posmarowałam delikatnie czerwonym pesto i ułożyłam wszystkie łódki obok siebie. Napełniłam każdą farszem nawet powyżej brzegów. Na każdej połówce ułożyłam pokrojoną w plasterki mozzarellę.
Przygotowane w ten sposób danie spędziło w nagrzanym do 180 stopni piekarniku około 45 minut.
Do tego dania można użyć wielu różnych farszy.Nasz miał być wzbogacony ryżem, ale ostatecznie zjedliśmy do obiadu gorące czosnkowe bagietki.
A na deser w piekarniku znalazło się jeszcze ciasto czekoladowe :)
Zawsze robi na mnie wrażenie głębia koloru tej rośliny. Kupowanie bakłażanów jest zawsze doznaniem estetycznym i dużą przyjemnością. Oczywiście lubię także ich smak.
Bardzo smakują mi grillowane bakłażany marynowane później w mocno czosnkowej zalewie z oliwy i przypraw.
Uwielbiam leczo z bakłażanem.
Ale najbardziej podkreśla ich wygląd i kolor skórki zapiekanie przepołowionych oberżyn z różnym nadzieniem.
W weekend, w związku z zapotrzebowaniem wyrażonym buntem na szparagi przez Głodomorka, nadzienie musiało być mięsne :)
Mielone z indyka świetnie się nadaje do takich zadań. Zostało więc zamarynowane z dużą ilością świeżo przyciętych z doniczek ziółek wraz z oliwą z oliwek i sambalem.
Po kilku godzinach mięso trafiło na patelnię z pieczarkami i szczypiorkiem.
Tym czasem przekroiłam wzdłuż bakłażany i usunęłam miąższ pozostawiając zaledwie około centymetra przy skórze. Do tego celu świetnie nadaje się metalowa łyżka do lodów. Wielokrotnie wykorzystywałam ją do wszelkich akcji wydrążeniowych w kuchni :) W końcu nie musi tylko drążyć opakowania lodów :)
Łódeczki z bakłażanów posypałam dość obficie wewnątrz solą i pozostawiłam na chwilę, aby pozbyć się goryczy.
Kiedy farsz był już gotowy wytarłam papierowymi ręcznikami płyn, który pojawił się na warzywach dzięki soli.
Blachę wyłożyłam papierem do pieczenie i delikatnie pokryłam oliwą, skórkę łódeczek posmarowałam ostrą oliwą, wnętrze posmarowałam delikatnie czerwonym pesto i ułożyłam wszystkie łódki obok siebie. Napełniłam każdą farszem nawet powyżej brzegów. Na każdej połówce ułożyłam pokrojoną w plasterki mozzarellę.
Przygotowane w ten sposób danie spędziło w nagrzanym do 180 stopni piekarniku około 45 minut.
Do tego dania można użyć wielu różnych farszy.Nasz miał być wzbogacony ryżem, ale ostatecznie zjedliśmy do obiadu gorące czosnkowe bagietki.
A na deser w piekarniku znalazło się jeszcze ciasto czekoladowe :)
piątek, 24 maja 2013
Big mess - czyli drożdżowych przygód ciąg dalszy
W planach nie było żadnej pizzy. Aż tu nagle zdjęcie pięknego egzemplarza ze szparagami, którym kusił jeden z ulubionych lokali spowodowało, że musiałam ją zrobić.
Pęczek zielonych szparagów czekał od wczoraj i coś musiało się wydarzyć.
Dzięki wzmożonej lekturze różnych źródeł kulinarnych moja praktyczna wiedza na temat drożdży jest coraz większa i kolejne ciasta robię bardziej świadomie. Co z tego, skoro ciasto drożdżowe ma swoje kaprysy i zaskakuje mnie zawsze w inny sposób :)
Wczoraj tak jak się odgrażałam ostatnio - podstawą ciasta była mąka graham. Tym razem drożdże były pełne swoich radosnych bąbelków i obkleiły mi dłonie nieznośnie skutecznie. Miałam wrażenie, że cała kuchnia zaraz pokryje się ciastem lub mąką, którą dosypywałam obklejając pojemnik coraz ładniejszym wzorem. Na szczęście udało się zapanować nad niesfornym procesem i pięknie wyrobione ciasto mogło sobie wyrastać pod ściereczką.
W tym czasie zrobiłam szybki przegląd lodówki, znalazłam tam mozzarellę, szczypiorek, czarne oliwki i czerwone pesto - to wraz z przestudzonymi już, lekko podgotowanymi na parze szparagami stanowiło bazę pizzy.
Ponieważ ciasto wyszło bardzo delikatne nie bawiłam się już w ponowne wyrabianie i wałkowanie. Wrzuciłam wyrośniętą kulę na wyłożoną papierem do pieczenia blachę. Papier był wcześniej lekko spryskany oliwą. Rozgniotłam ciasto w prostokąt, posmarowałam pesto i wyłożyłam wszystkie pokrojone składniki.
Rozgrzany piekarnik już czekał. Uff wreszcie można usiąść i poczekać 20 minut, korzystając z aromaterapii wydobywającego się z piekarnika zapachu :)
Kiedy pizza trafiła na talerze przyozdobiłam ją pomidorem, mieszanką sałat i kiełkami rzodkiewki.
Patrząc na stojące na stole talerze trudno było uwierzyć, że stworzenie tak uporządkowanego i estetycznego "dzieła" wymaga takiego twórczego bałaganu :)
Pęczek zielonych szparagów czekał od wczoraj i coś musiało się wydarzyć.
Dzięki wzmożonej lekturze różnych źródeł kulinarnych moja praktyczna wiedza na temat drożdży jest coraz większa i kolejne ciasta robię bardziej świadomie. Co z tego, skoro ciasto drożdżowe ma swoje kaprysy i zaskakuje mnie zawsze w inny sposób :)
Wczoraj tak jak się odgrażałam ostatnio - podstawą ciasta była mąka graham. Tym razem drożdże były pełne swoich radosnych bąbelków i obkleiły mi dłonie nieznośnie skutecznie. Miałam wrażenie, że cała kuchnia zaraz pokryje się ciastem lub mąką, którą dosypywałam obklejając pojemnik coraz ładniejszym wzorem. Na szczęście udało się zapanować nad niesfornym procesem i pięknie wyrobione ciasto mogło sobie wyrastać pod ściereczką.
W tym czasie zrobiłam szybki przegląd lodówki, znalazłam tam mozzarellę, szczypiorek, czarne oliwki i czerwone pesto - to wraz z przestudzonymi już, lekko podgotowanymi na parze szparagami stanowiło bazę pizzy.
Ponieważ ciasto wyszło bardzo delikatne nie bawiłam się już w ponowne wyrabianie i wałkowanie. Wrzuciłam wyrośniętą kulę na wyłożoną papierem do pieczenia blachę. Papier był wcześniej lekko spryskany oliwą. Rozgniotłam ciasto w prostokąt, posmarowałam pesto i wyłożyłam wszystkie pokrojone składniki.
Rozgrzany piekarnik już czekał. Uff wreszcie można usiąść i poczekać 20 minut, korzystając z aromaterapii wydobywającego się z piekarnika zapachu :)
Kiedy pizza trafiła na talerze przyozdobiłam ją pomidorem, mieszanką sałat i kiełkami rzodkiewki.
Patrząc na stojące na stole talerze trudno było uwierzyć, że stworzenie tak uporządkowanego i estetycznego "dzieła" wymaga takiego twórczego bałaganu :)
środa, 8 maja 2013
Pizza graham - dla konesera :)
Orkisz jest moim ulubionym zbożem. Używam kaszy orkiszowej, w ciągu tygodnia na śniadanie robię mieszankę płatków, w której składzie są płatki z orkiszu.
Jeśli mam okazję, kupuję orkiszowy chleb. Od dawna jest to też jedyna mąka jakiej używam. W związku ze wzrostem liczby działań kuchennych oraz poszerzenie ich o pieczenie ciast, ilość zużywanej mąki znacznie się zwiększyła. Częściej więc muszę uzupełniać jej zapasy. Podczas ostatnich zakupów skusiłam się na wersję graham z orkiszu.
Stała sobie spokojnie na półce, aż postanowiłam, że kolejna pizza będzie na grahamowym spodzie :)
Jeśli lubicie bułki grahamki tak jak ja, to zdecydowanie Wam takie rozwiązanie polecam.
Ciasto jest ciemniejsze, ale smakowite. Bardzo dobrze wyrosło z drożdżami i szybko się upiekło. Pizza jest bardziej syta, po jednym kawałku odpadliśmy od stołu :)
Chyba w najbliższym czasie pizza będzie u nas w wersji graham. Czas potestować na gościach :)
Jeśli mam okazję, kupuję orkiszowy chleb. Od dawna jest to też jedyna mąka jakiej używam. W związku ze wzrostem liczby działań kuchennych oraz poszerzenie ich o pieczenie ciast, ilość zużywanej mąki znacznie się zwiększyła. Częściej więc muszę uzupełniać jej zapasy. Podczas ostatnich zakupów skusiłam się na wersję graham z orkiszu.
Stała sobie spokojnie na półce, aż postanowiłam, że kolejna pizza będzie na grahamowym spodzie :)
Jeśli lubicie bułki grahamki tak jak ja, to zdecydowanie Wam takie rozwiązanie polecam.
Ciasto jest ciemniejsze, ale smakowite. Bardzo dobrze wyrosło z drożdżami i szybko się upiekło. Pizza jest bardziej syta, po jednym kawałku odpadliśmy od stołu :)
Chyba w najbliższym czasie pizza będzie u nas w wersji graham. Czas potestować na gościach :)
czwartek, 25 kwietnia 2013
Spaghetti western :)
O makaronie można rozmawiać bez końca, bo jego rodzajów i możliwości wykorzystania jest tyle, ile wyobraźni gotujących :)
Kiedy zajrzałam do Wikipedii, pod hasłem makaron znalazłam listę prawie stu rodzajów makaronu. Jest w czym wybierać.
W mojej kuchni makaron ma stabilną pozycję. Braki uzupełniane są na bieżąco. Znajdziemy tam fusilli, czyli swojskie świderki, spaghetti, długie, klasyczne nitki, ale także japońskie makarony do szybkiego gotowania, szczególnie nadający potrawom charakterystyczny smak i aromat makaron gryczany. Oprócz tego penne, które wymiennie stosuję ze świderkami. W razie potrzeb do zestawu dołączają płaskie płaty lasagne, szerokie wstążki tagliatelle, albo drobniutkie makaroniki do zup.
Na dziś wybieram klasykę - spaghetti. Klasyczny nie będzie sos, bo nigdy nie zdarza mi się robić klasycznych sosów :) Proponuję Wam młodziutkie listki szpinaku, odrobinę fety, koncentrat pomidorowy, naturalny jogurt i odrobinę brązowego cukru. Oczywiście przyprawiamy dużą ilością ulubionych ziół.
Makaron al dente, polewamy tak przygotowanym sosem, a ponieważ wiosna obdarzyła nas już świeżym, młodziutkim szczypiorkiem, pokroiłam cały jego pęczek wraz z natką pietruszki i posypałam obficie talerze.
Całość można dodatkowo polać odrobiną pikantnej oliwy i czas nawijać nitki na widelce :)
Kiedy zajrzałam do Wikipedii, pod hasłem makaron znalazłam listę prawie stu rodzajów makaronu. Jest w czym wybierać.
W mojej kuchni makaron ma stabilną pozycję. Braki uzupełniane są na bieżąco. Znajdziemy tam fusilli, czyli swojskie świderki, spaghetti, długie, klasyczne nitki, ale także japońskie makarony do szybkiego gotowania, szczególnie nadający potrawom charakterystyczny smak i aromat makaron gryczany. Oprócz tego penne, które wymiennie stosuję ze świderkami. W razie potrzeb do zestawu dołączają płaskie płaty lasagne, szerokie wstążki tagliatelle, albo drobniutkie makaroniki do zup.
Na dziś wybieram klasykę - spaghetti. Klasyczny nie będzie sos, bo nigdy nie zdarza mi się robić klasycznych sosów :) Proponuję Wam młodziutkie listki szpinaku, odrobinę fety, koncentrat pomidorowy, naturalny jogurt i odrobinę brązowego cukru. Oczywiście przyprawiamy dużą ilością ulubionych ziół.
Makaron al dente, polewamy tak przygotowanym sosem, a ponieważ wiosna obdarzyła nas już świeżym, młodziutkim szczypiorkiem, pokroiłam cały jego pęczek wraz z natką pietruszki i posypałam obficie talerze.
Całość można dodatkowo polać odrobiną pikantnej oliwy i czas nawijać nitki na widelce :)
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Calzone Amore...
Ponieważ pizza już była i przydałoby się jakieś urozmaicenie postanowiłam wykorzystać ciasto na pizzę do zrobienia pierogów. Nadawanie im wybranego kształtu nie jest zbyt proste, zatem nie stały się drożdżowymi serduszkami, tak jak stanowił pierwotny zamysł. Ale każdą przeciwność można próbować obejść. Dlatego calzone zostały przyozdobione wyciętymi z żółtego sera sercami, z kroplą sosu pomidorowego na każdym :)
Żeby było jeszcze bardziej wiosennie do calzone podałam mozzarellę z pomidorami. Brak świeżych listków bazylii uzupełniłam suszonymi. Aromat nie tak intensywny, ale zawsze coś.
A co skrywało wnętrze? Farsz powstał z zamarynowanych, drobno pokrojonych udek kurzych i dużej ilości pokrojonego w plasterki czosnku. Całość obsmażona na patelni z koncentratem pomidorowym. Do farszu dołożyłam jeszcze sporo drobno pokrojonego żółtego sera.
Przed pieczeniem każdy pieróg został wysmarowany dokładnie oliwą z przyprawami.
Takich pierogów udało się zrobić 8 sztuk. Są bardzo syte. Cały komplet spokojnie starczyłby na kolację dla 4 osób. Jeśli jednak nie dacie radę zjeść wszystkich, nie martwcie się - calzone na zimno są równie smaczne, jak świeżo wyjęte z piekarnika.
Żeby było jeszcze bardziej wiosennie do calzone podałam mozzarellę z pomidorami. Brak świeżych listków bazylii uzupełniłam suszonymi. Aromat nie tak intensywny, ale zawsze coś.
A co skrywało wnętrze? Farsz powstał z zamarynowanych, drobno pokrojonych udek kurzych i dużej ilości pokrojonego w plasterki czosnku. Całość obsmażona na patelni z koncentratem pomidorowym. Do farszu dołożyłam jeszcze sporo drobno pokrojonego żółtego sera.
Przed pieczeniem każdy pieróg został wysmarowany dokładnie oliwą z przyprawami.
Takich pierogów udało się zrobić 8 sztuk. Są bardzo syte. Cały komplet spokojnie starczyłby na kolację dla 4 osób. Jeśli jednak nie dacie radę zjeść wszystkich, nie martwcie się - calzone na zimno są równie smaczne, jak świeżo wyjęte z piekarnika.
niedziela, 24 marca 2013
Niedziela z tłuczkiem? A może jednak nie :)
Słuchając cotygodniowych niedzielnych odgłosów zza ścian mojego mieszkania dochodzę do wniosku, że pozycja schabowego na niedzielnym polskim stole pozostanie niezagrożona na wieki. Czyżby to wynik potrzeby przynależności do grupy etnicznej, a może tzw tradycja niedzielna?
Mnie temat ominął już dawno temu, schabowego nie jadłam jakieś 15 lat, więc pewnie tego fenomenu nie zrozumiem. Natomiast przyznaję, że zdarza mi się spożyć kotlecik drobiowy, robiony zgodnie z zasadami sztuki schabowego. Wynika to z tego, że ktoś specjalnie dla mnie taki kotlet drobiowy robi, wiedząc, że inna opcja pozostanie na talerzu nienaruszona.
Nadal jednak nie rozumiem, skąd ta popularność. Dlatego polecam Wam dla odmiany filety z kurczaka przygotowane zupełnie inaczej.
Bo czy w gotowaniu nie chodzi o to, żeby wydobyć jak najwięcej walorów przygotowywanych potraw? Podkreślenie smaku, podbicie zapachu?
Dla mnie kotlety schabowe to zabijanie smaku mięsa panierką, tłuszczem i długim smażeniem.
A zatem jaka alternatywa?
Pierś z kurczaka umyta i zamarynowana w marynacie, którą każdy powinien zrobić wg własnych upodobań. Ja najczęściej używam odrobinę balsamico, sos imbirowy z soją, świeży rozmaryn, tymianek, czosnek, oliwę z czosnkiem i chili, oraz czerwoną czubricę i pieprz.
Tak zamarynowane mięso wkładam po prostu do naczynia żaroodpornego i piekę. Mniej roboty, mniej sprzątania, a do tego wyśmienity efekt.
Często przygotowuję w ten sposób więcej mięsa, tak żeby w tygodniu trafiło na zimno na kanapki. Pysznie smakuje z żurawiną lub chrzanem.
A wracając do naszego niedzielnego obiadu. Polecam Wam do mięsa ryż jaśminowy, tylko taki oryginalny, nie zamykany w torebkach do gotowania.
Okazuję się, że jeśli przygotujecie go dokładnie zgodnie z przepisem, wyjdzie idealny i aromatyczny.
Do obiadu użyłam czerwonego ryżu jaśminowego, urozmaicił kolor dania, do którego dodana była klasyczna mizeria.
Wszystko sprawnie podane, bez potrzeby użycia tłuczka :)
Mnie temat ominął już dawno temu, schabowego nie jadłam jakieś 15 lat, więc pewnie tego fenomenu nie zrozumiem. Natomiast przyznaję, że zdarza mi się spożyć kotlecik drobiowy, robiony zgodnie z zasadami sztuki schabowego. Wynika to z tego, że ktoś specjalnie dla mnie taki kotlet drobiowy robi, wiedząc, że inna opcja pozostanie na talerzu nienaruszona.
Nadal jednak nie rozumiem, skąd ta popularność. Dlatego polecam Wam dla odmiany filety z kurczaka przygotowane zupełnie inaczej.
Bo czy w gotowaniu nie chodzi o to, żeby wydobyć jak najwięcej walorów przygotowywanych potraw? Podkreślenie smaku, podbicie zapachu?
Dla mnie kotlety schabowe to zabijanie smaku mięsa panierką, tłuszczem i długim smażeniem.
A zatem jaka alternatywa?
Pierś z kurczaka umyta i zamarynowana w marynacie, którą każdy powinien zrobić wg własnych upodobań. Ja najczęściej używam odrobinę balsamico, sos imbirowy z soją, świeży rozmaryn, tymianek, czosnek, oliwę z czosnkiem i chili, oraz czerwoną czubricę i pieprz.
Tak zamarynowane mięso wkładam po prostu do naczynia żaroodpornego i piekę. Mniej roboty, mniej sprzątania, a do tego wyśmienity efekt.
Często przygotowuję w ten sposób więcej mięsa, tak żeby w tygodniu trafiło na zimno na kanapki. Pysznie smakuje z żurawiną lub chrzanem.
A wracając do naszego niedzielnego obiadu. Polecam Wam do mięsa ryż jaśminowy, tylko taki oryginalny, nie zamykany w torebkach do gotowania.
Okazuję się, że jeśli przygotujecie go dokładnie zgodnie z przepisem, wyjdzie idealny i aromatyczny.
Do obiadu użyłam czerwonego ryżu jaśminowego, urozmaicił kolor dania, do którego dodana była klasyczna mizeria.
Wszystko sprawnie podane, bez potrzeby użycia tłuczka :)
czwartek, 14 marca 2013
Boxing pizza
Wyrabianie ciasta drożdżowego odkryłam stosunkowo niedawno. Wszystko za sprawą mojej mamy, która wciągnęła mnie do wspólnego robienia pizzy i pod jej troskliwym okiem zrozumiałam, że to nie jest takie trudne. Najfajniejsze jest to, że ciasto drożdżowe można sobie po ugniatać i porzucać, pozbywając się wewnętrznych napięć :)
Przyznaję, że największe napięcia powodowało samo przystępowanie do czynności kuchennych z tym ciastem związanych, ale to mam już chyba za sobą.
A co najlepsze, teraz mogę znajdować nowe zastosowania dla rosnącej w cieple kluski :)
W tym tygodniu była to pizza. Wbrew wszelkim założeniom, pizza pozbawiona była całkowicie składników pomidorowych. Uwierzcie, czasem taka odmiana może się Wam spodobać.
Sosem do pizzy był beszamel, a dodatki stanowiło mielone mięso z indyka, pieczarki, cebula oraz ser żółty i mozzarella.
Domowa pizza ma same plusy, zaczynając od terapeutycznych właściwości boksowania ciasta, poprzez dobór składników, na które przyjdzie Wam ochota, na zapachu i radości z wyciągania własnej pizzy z pieca kończąc.
Na talerzu wystarczy polać ją odrobiną aromatycznej oliwy i przystroić zieleniną.
Tylko nie planujcie już zbyt wielu aktywności po takim obiedzie. Polecam lampkę wina i film, którego nie żal będzie Wam przespać :)
Przyznaję, że największe napięcia powodowało samo przystępowanie do czynności kuchennych z tym ciastem związanych, ale to mam już chyba za sobą.
A co najlepsze, teraz mogę znajdować nowe zastosowania dla rosnącej w cieple kluski :)
W tym tygodniu była to pizza. Wbrew wszelkim założeniom, pizza pozbawiona była całkowicie składników pomidorowych. Uwierzcie, czasem taka odmiana może się Wam spodobać.
Sosem do pizzy był beszamel, a dodatki stanowiło mielone mięso z indyka, pieczarki, cebula oraz ser żółty i mozzarella.
Domowa pizza ma same plusy, zaczynając od terapeutycznych właściwości boksowania ciasta, poprzez dobór składników, na które przyjdzie Wam ochota, na zapachu i radości z wyciągania własnej pizzy z pieca kończąc.
Na talerzu wystarczy polać ją odrobiną aromatycznej oliwy i przystroić zieleniną.
Tylko nie planujcie już zbyt wielu aktywności po takim obiedzie. Polecam lampkę wina i film, którego nie żal będzie Wam przespać :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















